11 czerwiec 2014

Lato, w końcu, gorący spocony wieczór i szklanka rozwodnionego zmielonego arbuza. Pierwszy dzień w pracy po krótkim wypadzie do Porto. Nie byłabym sobą gdybym dotarła tam bez zgrzytu - po raz kolejny uciekł mi samolot - tym razem zapomniałam paszportu. 'Każdemu może się zdarzyć' - pocieszano mnie. 'Każdemu tak, zgadza się - krzyczałam przez telefon - ale nie 25 razy!!!' No cóż - niektórzy uczą się na własnych błędach, a niektórzy nie. Przejechałam się na lotnisko i z powrotem, pozgrzytałam trochę zębami, wyzwałam się sama od najgorszych, posprzątałam w złości całe mieszkanie i kupiłam nowy bilet na następny dzień. Porto. Kocham to miasto, tych ludzi, ten most zbudowany przez typa co pomagał Eifflowi, plaże nad Atlantykiem, rozpadające się fasady majestatycznych kamienic, pogodę, no i ten festiwal, na który jeżdżę już co roku. To chyba znak, że się starzeję, bo jara mnie to, że nie ma małolatów i melanżu na umór, że ludzie przychodzą z wózkami i dziećmi na rękach, że nikt ani razu mnie nie szturchnął podczas 3-dniowej imprezy, mimo iż wszyscy dzielnie pod scenami tańczą do świtu. No i jara mnie też to, że wysiada się na przystanku autobusowym 'Rotunda Anemona'. No i po raz pierwszy dałam radę bez kropli alkoholu i bez ani jednego papierosa - nie pytajcie czemu. Miałam ostatnio trochę problemów z ciałem ale wszystko pod kontrolą - obiecuję. No i wróciłam do pracy. Pewnie oczekujecie nowinek o bogaczach i pokojówkach. Ale dostaliśmy ostatnio wykład o tym, co można pisać na fejsie a co nie... Na prawdę. Więc by nie dać się postawić pod korporacyjnym pręgierzem muszę szczegóły zostawić na przyszłość. Były polityczne awantury a teraz są represje, były też sprawy kryminalne i kilka większych i mniejszych dramatów no i zmieniliśmy wystawę - tym razem prezentujemy gliniane 'arcydzieła' - buldogi, pandy i misie Marinettiego. Sprzedajemy je za minimum siedem tysięcy funtów. Jak sprzedam dostanę dziesięć procent. Są chętni?

You Might Also Like: