15 pażdziernik 2014

notatka z życia - wróciliśmy, z miejsca na miejsce, z przeżyć do życia. Londyn jest jak dziad - bardzo stary, raczej duży i bardzo zarozumiały. Gościnny i otwarty ale jak zaborczy i zachłanny! Nie przestaje trajkotać, w mgnieniu oka wypełnia głowę tysiącem spraw. Gdy staje przede mną, zapominam momentalnie o wszystkim co było i już razem z nim, krok w krok, mknę przez życie do przodu. Wytyka palcem to, co znam - jakbym już zapomniała! Grubych arabów, drogie auta, nowe kawałki drogiej sztuki - tym razem metalowe love za 2 grube bańki. Nie przeczytane maile, rozgrzebane sprawy, rozrzucone dokumenty, deszczowe chmury, londyński festiwal filmowy i tanie bilety, znajome twarze starych przyjaciół od dawna nie widzianych, bałagan w domu, łaszącego się kota, starą kuchnię, przegnite na balkonie pomidory i niewyrośnięte chili. Przypomina jak to jest tak sobie tu żyć. Podrzucił mi pod stół w pracy papierową torbę, a w niej biżuterię wartą lekko 2 miliony funtów, 40 karatów diamentów oprawionych w białe złoto. Popatrzyłam, nie przymierzyłam, doszłam do wniosku, że gdyby ktoś się połasił to i tak szybko by beknął, znalazłam właściciela - oddałam, nie dostałam znaleźnego, nie usłyszałam nawet dziękuję - i jesteśmy kwita. Przeleciałam palcem po liście ryb grubych i też tych bardzo znanych, które przyjedzie mi poznać w przyszłym tygodniu, znowu paru milionerów, kilku enterpreneurów, parę gwiazd i kilka gwiazdeczek. Kolo, co niedawno wyrzucił polską latawicę za drzwi, tym razem przyjechał uzbrojony w dwie myśliwskie strzelby myśląc na prawdę, że wszystko mu wolno. Nowe awanse, tym razem mój uczeń skacze przeze mnie jak przez kozła, nawet się za siebie nie oglądając. I po raz pierwszy na prawdę mi to nie wadzi. Uśmiecham się, a dziad Londyn pokazuje mi to, co się wkoło zmieniło. W ciągu trzech ostatnich tygodni na Brixtonie zmian zaszło wiele - zamknięto obskurny totalizator sportowy, pod którym dredami porośnięci Jamajczycy starej daty palili skręty i otworzono co najmniej ze trzy nowe hispterskie knajpy. Nawet lokalna modrownia, do której zawsze strach było wejść, przystrojona była w minioną sobotę łańcuszkiem standardowo awangardowej młodzieży oraz pustymi butelkami szampana w oknach. Po Kanadzie zostało jeszcze wiele nieprzebranych zdjęć, parę prezentów do rozdania, parę tekstów do napisania, parę nowych fajnych gadżetów i zajawkowe nowe przysmaki w kuchennych szafkach - obowiązkowy syrop klonowy, kanadyjska whisky, która leżakowała w beczkach z klonu, dżem z chmurkowych jagód, puder z dzikich grzybów, mrożone cydr i wino, mięso łosia w masońskim słoiku i sól wędzona z jałowcem. Za miesiąc Warszawa!

You Might Also Like: