10 marzec 2015

Miałam pisać co miesiąc, 17 lutego usiadło mi się na moment w ciszy i spokoju pewnego hotelowego pokoju, zaczęłam i nie skończyłam, zmęczona głowa opadła mi na miękkie poduszki i zasnęłam przy otworzonym komputerze. Od czasu mego ostatniego facebukowego meldunku wydarzyło się wiele - więc zatrzymajcie się na chwile w swoim własnym życiowym pędzie, bo na chłonięciu mych słów może zejść wam dłuższa chwila. Znowu siedzę w hotelowym pokoju - przez okno zaglądają ciepłe promienie wiosennego już słońca, mimo iż krajobraz jest jeszcze zimowy, gołe gałęzie drzew i świeżo zaorana ziemia, spulchniana w przygotowaniach na przyjęcie noworocznych siewów. A dokładnie miesiąc temu siedziałam pod gołym niebem w krótkich spodenkach, popijając piwo ze słoniem na żółtej etykiecie, patrząc na Kilimandżaro skromnie kryjące się w cieniu roziskrzonej niesamowitym światłem gwiazd drogi mlecznej. Góra, o której tego dnia dowiedziałam się wiele, wyglądała wobec nieba jak kopiec mrówek, malutka i niepozorna. Przy ognisku też siedział Jerome i rozmawiał z młodym masajem, który nudził się w swojej małej wiosce po drugiej stronie drogi i przychodził na wieczorne pogawędki. Głównie z kierowcami jeepów i safari vanów, z kucharzami i pracownikami obozu, ale tej nocy to nam opowiedział o swoich pasjach i trwogach. O ulubionej drużynie angielskiej ligii mistrzów, o swojej żonie i radzie starszych w wiosce, którzy nigdy nie dopuszczą w swoje kręgi nikogo, kto umie czytać i pisać, a tym bardziej nikogo po szkole. Opowiedział nam w szczegółach o misji, którą musieli wypełnić tego dnia mężczyźni z wioski - lew pożarł młodym pasterzom jedną krowę i trzeba było lwa odgonić i krowę odbić, inaczej lew złapałby smaka i wrócił nocą po więcej. Misja powiodła się a mięso z krowy rozdzielone zostało przez starszych na wszystkie 3 lokalne masajskie wioski. Równo miesiąc temu, byliśmy też w Loikitoktok na targu. Spotkaliśmy tam tylko jednego białego, a był nim nieźle zakręcony malaż krajobrazów znad Sekwany, biegle posługującegiwał się slangiem miejskim swahili i zagaduywał każdą przechodzącą obok niego młodą kobietę, mi ciągle gapił się na cycki. W ciągu tamtego tygodnia wspięliśmy się też na wulkan i przeszliśmy się dokoła po jego obręczy, byliśmy na plantacji herbaty i zwiedziliśmy największą fabrykę herbaty w regionie Kericho, a co najważniejsze - spędziliśmy mnóstwo czasu z Weldonem i Ilaną! Potem Istanbul - dużo pracy, dużo zabawy i na prawdę dużo śniegu na lotnisku w drodze powrotnej. Londyn ma to do siebie, że w momencie w którym koła samolotu dotykają ziemi, zamiast sterwardessy w przejściu staje ten facet, cały w czerni, w okularach słonecznych na nosie, i wyciąga z kieszeni magiczny przedmiot - taką metalową pałkę - znacie to przecież! Naciska guzik - pstryk - flash - i już nic nie pamiętasz! Jakie wakacje? Gdzie ja byłam wczoraj? Patrzysz przez okno a Londyn już wyciąga po Ciebie ręce. Mówisz do niego - poczekaj chwilę, daj mi moment - ale on nie odpuszcza tak łatwo. Dzień powrotu do Londynu trwał dla mnie 26 godzin ze względu na różnicę czasu, nie spałam nawet godziny i wypiłam może tylko z dwie kawy. London fashion week - wielka impreza w hotelu dla słynnej modelki. Lejący się szampan, kolejki do toalet i męczący poranek, gdy trzeba pomagać biedactwom zbyt pijanym, zagubionym, zamotanym… I na prawdę musiałam komuś założyć majtki… wakacje, wakacje i po wakacjach… dwa tygodnie bez wolnego, góry prania, nie posprzątane mieszkanie - teraz to już raczej norma. Ale zabrałam się za siebie, w wielkim poście pożądny detox - zero alko, zero mięsa, yoga dwa razy w tygodniu, rower. W między czasie przyszła też wiosna. Jechałam w Sobotę do pracy, wiatr już ciepły łagodnie owiewał mi twarz i rozwiewał włosy. Powietrze pachniało już zupełnie inaczej i zza chmur w końcu wyszło słońce. Spojżałam w prawo przejeżdzając wzdłuż muru pałacu Buckhingam. Nie wiem czemu, ale nadchodzące pory roku dają o sobie znać zwłaszcza w tej okolicy. Przed jesienią zawsze pachnie tam wilgotną ziemią, a przed zimą zawsze od muru wieje chłodem. Tym razem, sponad cegieł otaczających ogród królowej wystrzelił w górę piękny krzew magnolii! No a skoro u królowej zakwitły już magnolie to na prawdę musi to być wiosna! Kolejny dzień wolny i znowu tyle do roboty, że nie wiadomo za co się złapać - urodziny przyszłego teścia, super wyprzedaż mega drogich ciuchów, polowanie na sukienkę całą w bieli się jednak nie powiodło. Wieczorna kolacja z super człowiekiem i dużo śmiechu, nocne ślęczenie nie nad książką tylko przy photoshopie i power poincie.Kilka godzin snu, pociąg, taksówka no i tak znalazłam się tu - otoczona pięknymi parkami królewskimi i polami do gry w polo. Niegdyś wiejska rezydencja księcia Brunei a dziś jeden z naszych hoteli, trzy dniowa konferencja i żarcie na umór. Dzielnie trzymam się nie pijąc alko i nie jedząc mięsa, ale popuściłam sobie ze słodyczami i leżę teraz nieźle nadęta. Trzy dni ćwiczenia się w budowaniu relacji z ludźmi, których nie znam. Idzie mi z tym co raz lepiej, ale w dalszym ciągu jednak mnie to męczy. Wolę ciepłą kąpiel i kubek herbaty. Uczą nas rzeczy, które już znam - jak oddychać, jak mówić do kamery, jak przemawiać do innych - tym razem jednak ukazują mi zupełnie inną perspektywę. Rozmawiamy o pędzie zmieniającego się świata, i wszyscy w koło jednogłośnie krzyczą, że ich to przeraża i fascynuje za razem. Analizujemy zachowania młodego pokolenia, nikt nie próbuje przewidywać przyszłości - wszyscy jednak chcą gonić za postępem. Wszyscy chcą łapać rzeczy, które są co raz bardziej ulotne. Przyciągnąć ludzi, którzy nie potrafią ustać w miejscu bo swojego miejsca nie znają. Znaleźć sposób na tych, co w sposoby nie wierzą. Co chwilę jednak powtarzają, że ich świat przeraża. Mówią o tym, że musimy się adaptować, bo niby teraz jest wszystko na prawie 100%, i wszyscy wiedzą, że tak nie będzie zawsze. Wszyscy martwią się o biznes, o przemysł, o sektor, o firmę, o hotel, o dział…. i to jest przyszłość. Nikt jednak nie mówi o tym, by po prostu zostać człowiekiem w tym wszystkim. Nikt nie mówi o tym, by jednak przekazywać młodym wartości, o których wiemy, że są sprawdzone. Specjalista od komunikacji z jednej strony mówi, że dzieciom bliżej do zwierząt niż do ludzi, a z drugiej strony zachęca do tego, byśmy wrócili do chwil, w których nie obarczeni byliśmy troskami… Jakbyśmy wszyscy zapomnieli, że jednak można żyć inaczej… po prostu normalnie. Ale wystarczy już wymądrzania się, krytyki jakbym to ja połknęła pigułkę wszechwiedzy i potrafiła rozwiązać współczesne wszystkie gordyjskie więzy, gdy nie potrafię nawet ogarnąć prostych gadek z Tycem gdy się wkurzam. Pójdę spać i postaram się zapamiętać mój sen. Wrócę jutro wieczorem do domu i będę musiała stawić czoła kupie ciuchów do poukładania. Szara rzeczywistość - jakże piękne słowa!

You Might Also Like: