18 kwiecień 2015

notatka z życia - dziś świeci mocno słońce, sąsiedzi już puszczają muzę z soundsystemów jamajskimi rytmami rozbudzając do życia okolicę - tak na Brixton wita się kryjące za rogiem lato. Bo przecież na dobrą sprawę to na wyspach są tylko dwie pory roku - ta zimna deszczowa i ta trochę cieplejsza. Mamy dużo farta i wiele słonecznych dni ostatnio. Spacery, rowerowe przejażdżki, codzienne sprawy takie jak wycieczki do przychodni czy do Polskiego sklepu po kawałek dobrej szynki. Brixton zmienia się szalenie i nie podoba się to ani mi, ani tym mieszkańcom, którzy ten niespotykany charakter nieświadomie tworzyli przez lata. Co tydzień nowe lokalne wiadomości - wysiedlenie komunalnych lokatorów, których zaprosiła tu królowa w latach 60., plan na buldożery i jeszcze więcej nowych wypolerowanych, błyszczących osiedli mieszkaniowych, aresztowania kultowych właścicieli sklepów z winylami, którzy oczywiście handlowali ziołem pod ladami. Zamykają się małe portugalskie sklepiki i salony golarzy. Władze dzielnicy grożą wyrzuceniem handlarzy z łuków kolejowych, generalnym remontem i potrójnymi czynszami. Powstaje co raz więcej sieciowych sklepów i biur drogich agencji mieszkaniowych. W przyszłym tygodniu organizowany jest wielki protest przeciwko gentryfikacji dzielnicy. Zapowiadają się też Czarni Rewolucjoniści Londynu i mówią, że nie będą unikać przemocy - będzie gorąco! Ludzie się boją zmian, które przy pędzącym na łeb na szyję kapitalizmie wydają się nieuniknione i nie do zwalczenia. A stały mój gość, znany ekonomista światowej klasy, gdy lekko się podpije dobrym czerwonym winem radzi, by wyciągnąć całą kasę z banków, spakować do walizek, wsadzić pod łóżko i nikomu nic nie mówić, bo wszystko niedługo szlag trafi, a skutki będą odczuwalne znacznie dłużej niż po ostatnim kryzysie. Facet wie, co mówi - przewidział krach kredytowy 2008 roku i jeszcze na nim zarobił, więc chyba warto wziąć jego zdanie pod uwagę. Ale wojny w Polsce póki co się nie boję i Putinowi nie dałam się jeszcze zastraszyć. Wolę grać na pianinie i śledzić nowinki technologiczne, podnosić się na duchu pomysłami wdrażanymi w życie przez młodych i ambitnych. W Londynie testują już światła, które rozróżniają rowerzystów od samochodów i dają nam pierwszeństwo. W Szwecji wprowadzili nowy model elektrycznego autobusu miejskiego Scanii, który ładuje się bezprzewodowo. W Limie pracują nad bilbordami oczyszczającymi powietrze, a młody chłopak w Kalifornii odkrył pewien rodzaj bakterii, który przemienia odpady w czystą wodę i polimery. A zupełnie z innej beczki - byłam też na koncercie, który wprawił mnie w osłupienie - Barbican i widownia wypełniona po brzegi tysiącem punkowców w wieku przedemerytalnym. Siwe irokezy i długie dredy, wydziarani i wykolczykowani, w bojówkach i wojskowych kurtkach. Główna sala koncertowa w Barbicanie to scena, na której najczęściej występują muzycy klasyczni, a tym razem ustawiono na niej stół z podłączonym systemem. Pod wielką płachtą ekranu na wizuale, w charakterystycznej dla siebie futurystycznej masce, pojawił się mistrz rave’ów z lat 90, rozkręcił się momentalnie i zapodał ponad godzinnego seta ciężkich drum and bassów, jungle i na prawdę ostrej elektronicznej sieczki. Nikt na widowni jednak nie wstał z krzesła, żaden naćpany wariat nie wrzeszczał skacząc pod sceną, nie widać nawet było żadnych nawalonych. Wszyscy grzecznie tylko kiwali głowami. I to chyba był dla mnie póki co jedno z najbardziej ewidentnych znamion świadczących o starzeniu się naszego pokolenia. Nie wiem tylko, czy cała kultura związana z ciężką muzyką elektroniczną i psychodelicznymi dragami wkracza teraz na etap muzealny, czy to nam już się po prostu nie chce i przenosimy, to na czym się wychowaliśmy do przytulnych i wygodnych ośrodków kultury. W pracy z kolei było raczej spokojnie, mały ruch w biznesie - święta wielkanocne i wakacje w angielskich szkołach. Mogłam skoncentrować się na przyjemnościach takich jak degustowanie najdroższych herbat świata i dobieranie do nich dań pod względem walorów smakowych, mam więc nową sprawność na rękawie hotelarza - jestem też herbacianym sommelierem. Trochę też podśmiewywaliśmy się z następnej amerykańskiej gwiazdy, co sztampowo powiela hollywoodzkie mody w diecie i lajfstalju - mleko i pszenica największym wrogiem ludzkości! No i tyle póki co, kochani moi. Muszę wstać, ogarnąć się, otrząsnąć z porannego lenistwa i ruszyć w codzienność - najpierw joga, potem odebrać buty od szewca, ugotować żurek dla Brzozy i Jeroma, podjechać do sklepu z japońskimi słodyczami po pyszności z mąki ryżowej i czekolady dla ważnego gościa, co dziś się melduje w hotelu, przy okazji wziąć coś dla siebie oczywiście, odebrać stare ale na prawdę fajne meble hotelowe, których nikt już nie potrzebuje, a potem praca. Dzień jak co dzień. Pozdro.

You Might Also Like:
masaai
lake nakuru
kili chmura big2
drzewo nakuru
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
01 klony 3
ognisko i kili
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
ognisko i kili
ABOUT ME

Anemonkey is an eighties child who loves people, can't live without travels, is passionate about all food and drinks and people who make them. She never leaves home without a camera. Then she writes about what she's seen, touched and tasted. 

Read More

 

Search by Tags

2016 by Anemona Knut