28 lipiec 2015

notatka z życia - już za nami moja ulubiona noc - sobótkowa, najkrótsza w roku, magiczna, symbolizująca lato… Spałam tej nocy krótko i niepewnie, budziłam się co chwilę - imprezy u sąsiadów, muzyka, głośne rozmowy, zapach tytoniu wkradający się przez szparę otwartego lekko okna w sypialni. Różowe niebo budzącego się dnia przyuważone kącikiem ledwo otwartego oka i niesamowicie kolorowe, bardzo wyraźne sny. Tym razem odwiedzałam nieznane krainy odległej północy - chłodne turkusowe jeziora odbijające bezchmurne niebo, surowe skały i błądzące przy brzegu odłamki gór lodowych. Chodziłam zarośniętymi ścieżkami, zachwycona naturą robiłam zdjęcia. Odbywałam samotne eskapady w głąb zimnych oceanów na rozpadających się łajbach. Bez ludzi, bez zwierząt, bez zbędnych stresujących myśli oraz goniących mnie nieustannie spraw wymagających bezzwłocznych reakcji i natychmiastowych decyzji. Błoga cisza w zimnych pięknych krajobrazach. Obudziłam się w końcu, w panice spojrzałam na zegarek - zaspałam do roboty - pierwszy raz od wielu lat. Panika - szybkie narzucenie byle jakiej sukienki, szorowanie żółknących zębów. Wsiadłam na rower, po drodze minęłam rozjechanego gołębia i jeszcze bardziej zmasakrowanego lisa, po którym zostało tylko rozrzucone po ulicy surowe mięso. Daleko mi jeszcze do lokalnych wyznawców voodoo, więc nie przywiązałam do tego zbytniej wagi. Dojechałam do pracy - spotkania, projekty, zadania i małe hotelowe dramaty. Na siódmym piętrze mieszka pani, która zapłaciła słono za pokój z tarasem a teraz krzyczy, bo wkradł się na jej dywan pająk - jak śmiał? I mucha latała, a muchy to szkodniki bardzo niepożądane w luksusowych placówkach - zaopatrzyliśmy pokojówki w packi. Oprócz tego nowa wystawa, tym razem pani Rotraut za swoimi wylanymi w metalu i plastiku wygibasami. Przyjechała nawet na wernisaż, razem z Panią Gmurzyńską - superbogatą galerzystką z Zurichu. Był też Wolfgang, a razem z nim kamery i kadry pełne pięknie pozujących omletów z truflami i kawiorem, i jeszcze wdzięczniejszych naleśników śniadaniowych z cieciorkowej mąki, wykończonych błyszczącym syropem klonowym. Pod naszym dachem na miesiąc zatrzymała się też gwiazda, bardzo przyjemny pan, któremu wszystko pasuje i nawet nie grymasił, gdy mu skurczyliśmy spodnie w praniu. Ale poprosił by wszystkie czarne jeansy wyprasować mu w kancik. Pracuję ostatnio na rano, mam w końcu wolne wieczory - chodzę na kolacyjki - jakieś spiruliny, chlorelle, mace i matche - najgrubszy trend póki co. Rozeznaję się wśród najnowszych restauracyjnych i barowych trendów - typowy Londyński lajfstajl. No ale kiedy po raz kolejny zerknęłam na kalendarz w pracy i widząc zarezerwowane przeze mnie dni wolne na miesiąc do przodu i podrapałam się tylko w głowę, bo na prawdę nie miałam pojęcia co, kiedy, z kim, po co i jak - doszłam do wniosku, że najwyższy czas na prowadzenie kalendarza wydarzeń w moim życiu po pracy. Patrzę na niego teraz - wszystkie wieczory zarezerwowane na dwa tygodnie w przód, wszystkie dni wolne - na dwa miesiące!!! Życie Londyńczyka pełną gębą - śmierć spontaniczności i swobodzie! Lekarze, przyjaciele, znajomi, wystawy, koncerty, prawnicy, księża, urzędy… nie ma końca. A gdy tylko mam wolną chwilę, pałam się pisaniem tekstów do szuflady - takie moje małe pseudointelektualne porno, 20 minut i poziom samozadufaniny na tyle wysoki, że wystarczy na bezmyślne zasuwanie podczas kolejnych kilku dni. Tempo tak szalone stara się zatrzeć wspomnienia wszystkich miłych chwil zaraz po tym, jak się staną. Portugalia jest już niemal snem! Nasz wczesnoczerwcowy wyjazd stał się już małą tradycją - a ja co raz bardziej zakochuję się w tym mieście! Tym razem nie tylko fajna muzyka, miłe towarzystwo, mnóstwo słońca, ale i krótkie chwile zapomnienia podczas eskapad poza miasto. Jak wtedy gdy znowu przejechałam stację i konduktor wytknął mi palcem, że pojechałam 6 przystanków za daleko. A jakże miło było się zapomnieć zapatrzoną w tak piękne krajobrazy za oknem - ciągnące się plaże i małe miasteczka. Wróciłam się tam, gdzie początkowo chciałam wysiąść i znowu się zapomniałam - brodząc po kostki w chłodnym oceanie, wpatrzona w tajemniczą i uroczą zarazem małą kapliczkę wybudowaną na skałach wgłąb morza. Zapomnieliśmy się też piątkowej nocy, festiwalowa atmosfera pochłonęła nas wszystkich - no i znowu spóźniliśmy się na pociąg - tym razem wgłąb doliny Duoro. Ale ogarnęliśmy się szybko i spędziliśmy popołudnie spacerując po winnicach, piwnicach wypełnionych po sam dach starymi beczkami z najlepszym porto. Na pewno wrócę za rok. A w między czasie lato też w końcu zawitało na wyspach. Mimo, iż dni już są co raz krótsze - jest w końcu ciepło i przyjemnie, i można zacząć już nosić sandały i wrzucić do szafy grube wełniane swetry - a po woli traciliśmy wszelkie nadzieje. Brixtonczycy już przesiadują na chodnikach, murkach i schodkach przed domami, wyciągnęli znowu swoje wspaniałe grille zrobione z beczek po oleju. Robią imprezy i chodząc po ulicach głośno śpiewają. Już niedługo Brixton Splash! Sama zaczęłam się trochę społecznie udzielać, biorąc udział w debatach i sesjach dyskusyjnych na temat przyszłości naszego kolorowego targowiska. I tak nic z tego nie wyjdzie - prędzej czy później i tak pieniądze zjedzą tu wszystko, co oryginalne i wyjątkowe. Co raz głośniej o tym, że Londyn staje się już groteskowo zbyt drogi dla normalnych ludzi. Z jednej strony planują wiszące mosty ogrody, a z drugiej strony co chwilę odkrywane są kolejne 4 pokojowe domy na obrzeżach zamieszkiwane przez czterdziestoosobowe grupy imigrantów. Ostatnie statystyki pokazują, że jedna trzecia dzieci w szkołach podstawowych pochodzi z innej grupy etnicznej niż rasa ‘biała kaukaska’, a dla co piątego brzdąca język angielski jest dopiero drugim. Bo tu nie mówi się o języku ojczystym, jako tym najważniejszym - tylko o języku matki. Europa po woli się kończy…czytałam też ciekawy opis eksperymentu na szczurach. Jakiś naukowiec stworzył populację szczurów i zagwarantował im warunki optymalne. Szczurom niczego nie brakowało i o nic nie musiały się za bardzo starać. Więc najpierw szczury się niesłychanie rozmnożyły, potem zaczęły się indywidualizować, potem przestały uprawiać seks i się rozmnażać (patrz przypadek dzisiejszej Japonii) a potem cała populacja wymarła… Ale to tylko ciekawostka, nie sądzę żeby z nami było tak samo, w sensie że z ludźmi (chociaż ostatnia decyzja psychologów z Belgii, którzy zalecili 24-latce wspomagane samobójstwo, jako jedyną skuteczną metodę na dręczące ją od lat uporczywe myśli samobójcze - przyprawiła mnie o dreszcze). Bo przecież jesteśmy tak zupełnie inni, społeczeństwa rozwijają się w tak różne strony. W każdej kulturze radzimy sobie z podobnymi problemami w całkiem inny sposób, aczkolwiek często równie nieudolny. Wiadomo, że w Europie mamy problem z bogaczami - mają go też Brazylia i Indie - najszybciej rosnące ekonomie. W Europie bogaczom robimy co raz lepiej, w Brazylii nie robi się póki co zupełnie nic, a w Indiach rząd postanowił dobrać się do skór tych skurczybyków. Według najnowszych ustaw uprawomocnionych w maju, każdy obywatel Indii musi zadeklarować swój cały majątek, włączając ten ulokowany za granicą. Jak tylko zadeklaruje coś, czego nie zgłosił wcześniej - musi zapłacić 30% podatku plus 30% kary za zwłokę. Skutek wspaniały - wszyscy bogacze masowo zdają hinduskie paszporty i zbierają swoje manatki. Zabierają swe majątki i lokują je w firmach w Singapurze, Dubaju czy na Szetlandach albo Gurnsey. Chętnie przyjmują ich też kraje takie jak Czarnogóra, a szkoda że nie Grecja hehe. Ale dość tych politycznych uwag. Co ja się znam! W ogóle to chyba na dziś wystarczy. Pozdrawiam i buziaki ślę.

You Might Also Like: