1 sierpień 2015

zazwyczaj zaczynam od pogody - nawet na pierwszych lekcjach angielskiego w polskich szkołach podstawowych uczą dzieci, że z Anglikami najlepiej rozmawiać o pogodzie. Tutaj nikt o niczym innym nie rozmawia - słowo daję! Bo ta pogoda na prawdę jest totalnie nieprzewidywalna i kompletnie do niczego - więc psssst, ani słowa więcej. Nigdy więcej nic nie napiszę o angielskiej pogodzie! Kolejny miesiąc za mną, w biegu, w pędzie, bez chwili na oddech. No i zaczęłam w końcu gubić te znalezione po operacji zbędne kilogramy. Organizowanie wesela, kurs małżeński, urzędy, uparte walki z NHSem (angielski odpowiednik NFZtu z nie lepszą organizacją), zakup nieruchomości, wystrój wnętrz pod wynajem, nowy projekt restauracyjny - w Waszyngtonie tym razem, a na Park Lane 45 sezon letni i mnóstwo roboty. Po ramadanie wrócili Arabowie i przywieźli ze sobą kolorowe fury a przed hotelem gromadzą się młodzi chłopcy, kryjący trądzik za aparatami i kamerami. Na krawężniku przed obrotowymi drzwiami stoją dwa Ferrari i trzy Zondy, w tym jedna z pięciu na świecie Zond Cinque. Ich właściciele - Arabowie w średnim wieku, ni przystojni, ni brzydcy, ni przyjaźni, ni gruboskórni. Ubrani przeciętnie ale drogo. Ich całe zajęcie to przejażdżka super furą wzdłuż Hyde Parku i powrót na żółtą kanapę w hotelowym lobby. I tak cały tydzień w kółko. Znowu gwiazdy i gwiazdeczki, tym razem pan od misji niemożliwych - zrobił ich już sześć! Coś też było z pewną panią, co z nim kiedyś coś tam teges. Nasz jedyny regularny Polski gość zmarł w tym tygodniu, ale za to przyjechała Maryla - pogodna, uprzejma - wielki szacunek! I jeszcze na dodatek miła - powiedziała, że mnie pamięta sprzed lat z Dorchestera, jak ubierałam wielki bukiet róż. Ale ja takich rzeczy nie robię - ja śmigam po lobby i namawiam hostessy do sprzedawania tych moich luksusowych herbat - teraz ściągam z Chin ulubioną żółtą herbatę Mao, która rośnie na wyspie o szerokości kilometra. Nie rwę już włosów z głowy, nie zalewam żółcią wątroby - jest jak jest. Od dwóch dni przeżywamy wydarzenia trzynastej pełni, czyli zawirowania spowodowane przez niebieski księżyc. Wariatów jak zawsze więcej niż zazwyczaj. Był jeden facet, znany na Mayfair - alkoholik, który łazi po luksusowych hotelach z kartą bez dostępnych środków i nic mu nie można zrobić. Ubliża kelnerkom, kłóci się z ochroniarzami, odprawia z kwitkiem policjantów i spokojnym krokiem zawsze wychodzi bez płacenia. Tym razem mi wytknął, że jestem tylko niewolnicą, a ochroniarza się zapytał ilu ludzi zabił w życiu, chwaląc się, że zabijaniem to on zarabia na życie. Zawsze też zostawia swoją lewą wizytówkę, przedstawiającą jego wykreowany charakter - dziennikarza od spraw ciężkich i tematów trudnych. Strona internetowa jego też jest lewa, z martwymi linkami do nie istniejących artykułów. Kim na prawdę jest - nie chcę wiedzieć. Lecę do przodu starając się wykrzesać jak najwięcej pozytywnych emocji i szczerych uśmiechów. Mam sporo małych dramatów do ogarnięcia, ale są one na prawdę małe - nic na prawdę nie znaczące - czy na głowie będzie kapelusz czy wianek, kto mnie pomaluje na ładniejszą, kiedy zatrudnię nowego kelnera i czy uda się wyprodukować nowe serwetki przed wrześniem. Szukałam butów do ślubu - to był jeden z tych dramatów. Ogarnęłam dodatkową kasę i zaczęłam szukać, wlazłam nawet do Louboutina, przymierzyłam parę - no i nie da się ukryć, że były to najwygodniejsze buty na obcasie jakie moja noga widziała. I do tego na prawdę pięknie się prezentowały. Wsiadłam jednak na ten mój rozklekotany rower, który zostawiłam nie przypięty pod tym luksusowym salonem. Jadąc myślałam po pierwsze o tym, żeby znowu mi łańcuch nie spadł bo już po woli zaczynają mnie wkurzać te częste przystanki na szybki serwis, a po drugie - co mi do cholery do głowy strzeliło z tymi butami! Nie ważne, że mnie na nie stać! Przecież kosztują dużo więcej niż emerytura mojej babci, niż pensja nauczyciela w Polsce! Czy aż tak mnie ten wujek Londyn przekręcił! Basta! I dojechawszy do domu z Louboutinów byłam wyleczona i bardzo szczęśliwa. Są dni, gdy przeniosłam się na moment w czasie i rozkoszuję wspomnieniami - takimi choćby jak nasza wycieczka z Tycjanem do Iranu. Byliśmy tam przecież, co prawda pięć lat temu, ale obrazy w głowie pozostały bardzo kolorowe i żywe. Festiwal nomadów pod wodospadem, ich kolorowe stroje i pięknie przyozdobione osiołkowe grzywy, a później nocowanie w dębowym lesie pod namiotem, herbata gotowana w metalowym czajniku na ognisku i historie opowiadanie w świetle księżyca. Zdałam sobie sprawę z tego, że o niektórych rzeczach trzeba marzyć, by nie pozwolić życiu na ciepłe zagnieżdżenie się w rutynie, a niektóre rzeczy po prostu trzeba zaplanować i zrobić - by nie pozwolić marzeniom na zmianę życia w kolorowy film tworzony z iluzorycznych projekcji. Są też dni, kiedy lenię się srodze. Ale zwlokę się w końcu i coś tam zrobię. W lipcu parę dni spędziłam w Barbakanie. Pisałam o tym centrum sztuki już nie raz - bo żywię ku niemu nieopisaną sympatię. Architektoniczne jest to jeden z najpiękniejszych przykładów brutalizmu - betonowa oaza z mnóstwem korytarzy i skrytych labiryntów. Palmy, ogrody, szklarnie, tarasy, dziedzińce, fontanny i oczka wodne, tysiące okien odbijających światło padające na przechodniów jak spoty na aktorów w teatrze. Kina, galerie, restauracje, akademia muzyczna, teatr no i najwspanialsza sala koncertowa w mieście. Tym razem na miesiąc opanowane przez festiwal artystyczny ‘Station to Station’ - każdego dnia inny happening, inna wystawa, projekt, koncert - i to wszystko za darmo. Film z amerykańskiego wydarzenia ‘Station to Station’ to jedno z piękniejszych dzieł jakie ostatnio widziałam - polecam gorąco - majstersztyk! Udało mi się załapać na Moog Ensamble, mistrza dronów Palestine, niezaprzeczalnego mistrza Terrego Riley’a i wiolonczelistę Olivera Coatesa. Tam też wpadłam raz w pułapkę i ni stąd ni zowąd znalazłam się wśród setek młodych ludzi poubieranych w togi. Mój uniwersytet też zorganizował wręczenie dyplomów w Barbakanie, ale dla mnie nie starczyło biletu - nie rzuciłam więc niestety biretem w powietrze, ani nie zapozowałam do zdjęcia z rulonikiem na niebieskim tle. Wypominając jednak tę bądź nie bądź szkodę, wkręciłam się w tłum i odebrałam co moje w darmowym winie i kanapkach z jajkiem. Wróciłam do domu i chłonę newsy - ruscy ujęli mega kalmara, a ktoś tam gdzieś tam znalazł naszą bliźniaczą planetę. Najnowsze badania wskazują, że w kręgu 30 lat świetlnych podobnych nam planet powinno być około 60. Czytam też trochę, ostatnio zaimponowały mi elektrownie wodne generujące energię z ruchu fal na oceanie, no i przyciągnęły moją uwagę rozmyślania na temat kapitalizmu. Co raz więcej naukowców widzi, że kapitalizm się kończy. Niektórzy tylko analizują, inny starają się wybiec w przyszłość - najnowsze prognozy mówią o nadchodzącej erze wspólnej ekonomii polegającej na bezgotówkowej wymianie usług i dóbr… Och, gdyby tylko ci wszyscy mądrzy profesorowie i niebywali intelektualiści zdawali sobie sprawę tego, że ich głosy to łabędzi śpiew cywilizacji białego człowieka… dobranoc

You Might Also Like:
masaai
lake nakuru
kili chmura big2
drzewo nakuru
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
01 klony 3
ognisko i kili
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
ognisko i kili
ABOUT ME

Anemonkey is an eighties child who loves people, can't live without travels, is passionate about all food and drinks and people who make them. She never leaves home without a camera. Then she writes about what she's seen, touched and tasted. 

Read More

 

Search by Tags

2016 by Anemona Knut