12 grudzień 2015

Notatka zimowa bez zimy bez polotu - widzę i słyszę, że w Polsce przewroty, żywe publiczne dyskusje, różne masy społeczeństwa oburzają i obrażają się nawzajem i jest mi przykro. Krytykując polityków powiem tylko, że po raz kolejny Cameron podczas wizyty w Polsce pokazał jak bardzo godny jest pogardy i jak mało w nim taktu. Mimo wszystkich jego starań jednak nie zdołał sprawić jeszcze, żebym poczuła się tu obywatelem drugiej kategorii. Ale cofnijmy się do ostatniej notatki, pierwszego listopada było bardzo mgliście i po raz pierwszy w UK wybrałam się na cmentarz. Stare porośnięte mchem nagrobki, bardzo zaniedbane - bo tutaj ludzie raczej grobów nie odwiedzają, przy cmentarzach nie sprzedają zniczy ani kwiatów. Było bardzo mgliście a klimat niczym z horroru. Byliśmy też na morzem w małym miasteczku Broadstairs, gdzie żył i tworzył Dickens - piękna mała zatoczka, piaszczysta plaża i świetnie nie drogie restauracje. Kolejne miejsce na mapie odhaczone. Trochę szlajałam się po mieście, co ostatnio raczej się nie zdarza. Co tydzień ulice zablokowane są paradami protestujących, wobec których zbyt wielu ludzi przechodzi niewzruszenie. Znowu otworzyli Winter Wonderland - hiper wesołe miasteczko, dzięki któremu centralny Londyn pachnie cynamonem, grzanym winem i goframi - ja nie widzę w nim jednak żadnej magii, tylko spęd ludzi gotowych wydać każdy grosz. Omijam ich szerokim łukiem. Wolę się zatrzymać i posłuchać prostej melodii wygrywanej przez bezdomnego na stożku drogowym, albo podsłuchiwać rozmowy ludzi mi zupełnie obcych. Ostatnio przyuważyłam starszą panią krążącą po Mayfair, Polkę która co dziennie patroluje wszystkie miejsca najczęściej zajmowane przez polskich bezdomnych. Odwiedza każdego z nich, wśród nich jest młoda skrzypaczka, pewnie troszkę opóźniona w rozwoju, która pięknie gra w podziemnym przejściu przy hotelu Hilton. Tak więc żyję tymi małymi scenkami i naszymi małymi codziennymi problemami. Dojrzewam też po woli do roli psiary - chodzę na spacery do parku i uczę się rozmawiać o niczym z innymi właścicielami psów, i jest to lekko pretensjonalne muszę przyznać, takie trochę angielskie. Rozmawiamy o pogodzie, o rasach psów i o stałych czworonożnych bywalcach naszego małego parku. Psa mam fajnego ale cierpliwości do niego zdecydowanie za mało. Jean-Paul już mieszka w hrabstwie Kent, ale jego dzieci cały czas uczą się w szkole po drugiej stronie naszej ulicy. Przesiaduje więc całymi dniami w samochodzie pod blokiem i nic się w sumie nie zmieniło - cały czas pełni swoją wartę. A nowi lokatorzy jeszcze się nie sprowadzili, nam w końcu udało się wykończyć i wynająć mieszkanie - jeden problem z głowy. Tempo zmian na Brixton cały czas szalone. W tym miesiącu zamknęli podejrzany sklep spożywczy Shahida, w którym nigdy nie było na półkach więcej towaru niż w Supersamie na rogu Dolnej i Sobieskiego we wczesnych latach 80. Koło sklepu jest brama, w której od lat urzędował pewien starej daty Jamajczyk - zbieracz i biznesmen. Znosił co tylko zdało się na handel i dekorował po swojemu z nadzieją na dobry utarg. Latem siedział przed bramą na małym stołku i wyklepywał z beczek po oleju tradycyjne jamajskie grille. Po paru latach dorobił się sklepu, zaraz koło Shahidy. Grille beczkowe szły mu na prawdę nieźle. Jakiś miesiąc temu jadąc do pracy zauważyłam ekipę demolującą. Z Shahidy i sklepu Jamajczyka nie zostało nic oprócz ścian nośnych. A u mnie w hotelu rozwiesili świąteczne dekoracje. Najciekawszym wydarzeniem w tym hotelu po drugiej stronie, u naszego starszego brata, była wizyta Elka z Windsorów. Ruszyła swoje królewskie cztery litery z pałacu i w eskorcie tajnych służb, armii ochroniarzy i policjantów przejechała ten niecały kilometr spod pałacu do nas. To pierwsze tego rodzaju wydarzenie od lat 80 - ona nigdy nie nawiedza hoteli. To zbyt mieszczański zwyczaj. Tym razem jednak ugięła się przed królem Bahrajnu, który zdecydowanie i stanowczo odmówił 5-cio minutowej wycieczki w dół wzgórza i wizyty w Buckingham… Macie tu teraz zagwostkę - mały kalambur do rozkminienia, myśląc o globalnej polityce i balansie sił. Niewidzialny pojedynek mocarzy i kto tak na prawdę kim steruje, po co i w jakim kierunku. Była też plastikowa Nicole, wpadła na lunch chcąc pozostać incognito i na prawdę jej się udało. Tylko jeden sprośny Francuz zapytał się mnie kim była ta Pani, bo on na pewno ją zna. Był też Artur, nasz najbardziej znany bramkarz. Miły, kulturalny - tylko po cholerę założył na siebie ten puchowy śpiwór, w którym wyglądał jak halloweenowa gąsienica? Poza tym w kółko to samo - korporacyjne szkolenia uświadamiania sobie organizacyjnej tożsamości i korporacyjnej przynależności. Nowe projekty - tym razem pracujemy nad otwarciem nowej restauracji w Nowym Jorku na terenach ‘ground zero’. No i klasyczne wieczory gdzie niezadowoleni goście wystawiają resztki mojej cierpliwości na próbę. Ostatnio jedna pani z bliskiego wschodu zaczęła na mnie wrzeszczeć, bo w restauracji niby było za ciepło i nikt z tym nic nie zrobił… Z grzecznością chciałam spytać się tylko ‘może jednak zdjęłaby Pani tę piękną puchową kurtkę, z przyjemnością przechowamy ją w szatni’. Dobranoc.

You Might Also Like:
masaai
lake nakuru
kili chmura big2
drzewo nakuru
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
01 klony 3
ognisko i kili
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
ognisko i kili
ABOUT ME

Anemonkey is an eighties child who loves people, can't live without travels, is passionate about all food and drinks and people who make them. She never leaves home without a camera. Then she writes about what she's seen, touched and tasted. 

Read More

 

Search by Tags

2016 by Anemona Knut