18 kwiecień 2016

notatka wiosenna - przepraszam za opóźnienie, ale nie będę się tłumaczyć. Zaszła w życiu pewna zmiana. Ostatni czwartek był moim ostatnim dniem w pracy na co najmniej 16 miesięcy. Dostałam prezenty i urządzono dla mnie na prawdę przyjemną imprezkę z szampanem i wybornym tortem. Będzie mi brakowało akcji i Mayfairowskiego splendoru. Jednak będę dla was dalej pisać - mam tylko nadzieję, że moje afery podwórkowe okażą się równie ekscytujące co przygody milionerów. Pora więc na ostatnie newsy z tego frontu, a trochę się działo. Jeden z naszych regularnych gości, zdecydował się na wesele u nas. Wszystko owiane było tajemnicą. Niektórzy na początku pomylili go z pewnym Michałem, którego ojciec kiedyś mi się oświadczał recytując Tołstoja po pijaku. Ale wesele Michała odbyło się w innym śmiesznie drogim mieście i zdobyło miano najdroższego wesela ostatniej dekady. Nasz gość wydal nie dużo mniej. Następnego dnia rano po imprezie szłam do pracy ulicą przy hotelu wyglądającą bardziej kolorowo niż jedna z głównych ulic warszawskich, na której krzyżują się ścieżki procesji Bożego Ciała z pięciu różnych parafii. Pokojówki, ochroniarze, kucharze i kelnerzy nocnej zmiany wychodzili z naręczami najpiękniejszych wiązanek i bukietów. Na same kwiaty poszedł niecały milion funtów i nikomu nie zależało na odebraniu ich po imprezie. Potrawy weselne pochodziły z naszej kuchni i z trzygwiazdkowego Ducassa. Był też ukryty bar z prywatnymi lożami. Wśród gości były bowiem osobistości i z kraju Bajubaju i z kraju Sratytaty, a kraje te oficjalnie ze sobą wojują. Osobistościom nie wypada więc pokazywać się publicznie razem i nie wypada im ze sobą rozmawiać. Na tym weselu jednak wszystko było dozwolone. A najtańszym drinkiem był koniaczek Ludwik trzynasty. Gości nieco ponad sto i tylko pogłoski chodziły, że pan młody nie uśmiechnął się ani razu, nikt się porządnie nie narąbał, nikt nikogo nie walnął w mordę, nikt nie narobił sobie wstydu. Goście poczuli się zmuszeni do tańca gdy na scenie pojawili się dżejelo, enrike i szon pol. W ten sam wieczór rozmawiałam z Michaelem Rousso siedzącym u nas w barze - za sukienkę, którą zaprojektował dla panny młodej dostał 400 tysięcy. No i to było dosyć ważne wydarzenie. Poza tym, dzień za dniem, serwis za serwisem. Pod koniec dni zaczęły mi się już dłużyć. Z jednej strony nie miałam energii na codzienne motywowanie zespołu, z drugiej strony zaczęły mnie dopadać dość mieszane uczucia co do mojego długiego urlopu. Trochę zaczęłam się bać, że moje wrodzone lenistwo szybko weźmie nade mną górę. Wyobcowałam się do tego stopnia, że pewnego dnia, podszedł do mnie jeden z gości prosząc o stolik. Uśmiechnęłam się naturalnie i zaprowadziłam go do stołu. Przebiegła mi tylko przez głowę szybka myśl, że jest jednym z tych klasycznie przystojnych mężczyzn. Wysoki, dobrze zbudowany ale nie ‘napakowany’ , bardziej naturalny. Skromy, w koszuli flanelowej i lekko wytartych dżinsach. Wróciłam do wejścia i nagle zaczęli do mnie przybiegać podekscytowani kelnerzy i piszczące z radości dziewczyny. Kolesiem był najnowszy Superman! Nie rozpoznałam go wogóle! Przestałam przywiązywać wagę do nowych twarzy, bardziej koncentrowałam się na tych rozmowach, których na pewno będzie mi brakować. Surrealistycznych pogawędkach ze starym greckim profesorem ekonomii. Dziwakiem, do którego mało kto ma cierpliwość, a wystarczy tylko dać mu się wygadać. Już po pierwszej rozmowie wiadomo, że można się od niego wiele nauczyć. Nie bez przyczyny ma swoją katedrę na najdroższej i najbardziej znanej uczelni ekonomicznej w Londynie, a magazyny takie jak Financial Times czy Huffington Post dają mu regularne kolumny. Będzie mi też brakować skromnie ubranego handlarza diamentów, Libańczyka mieszkającego w Genewie. Kolejny charakter, do którego mało kto żywi sympatię, bo potrafi być dość oschły i kapryśny. Z nim z kolei wystarczy zacząć rozmowę na temat dobrego jedzenia, by obudzić w nim gawędziarza opowiadającego losy największych drogich kamieni na świecie. Myślami też bywałam często bliżej domu. Przy Paulinie, naszej sąsiadce z dołu na przykład. U nas wszystkich Paulina wzbudzała uczucie troski. Bardzo leciwa ale pozytywna kobieta. Austriaczka, żyła samotnie w dwupokojowym mieszkaniu piętro pode mną. Walczyła o siebie dzielnie. Przychodzili do niej opiekunowie z pomocy społecznej, sprzątali dla niej i przynosili jej jedzenie. Zabierali ją do ośrodków, by mogła spędzić trochę czasu z rówieśnikami. My, sąsiedzi, odpowiadaliśmy na telefony z pomocy społecznej, gdy był jakiś problem i z reguły nie znaliśmy odpowiedzi na żadne z zadawanych przez nich pytań. Zawsze grzecznie witaliśmy się z nią, gdy pchając swój balkonik wychodziła na krotki spacer rozciągnąć stare kości. Pytaliśmy się jak jej się powodzi, a ona nigdy nie słyszała do końca i domyślając się tylko, że pytamy o zdrowie, odpowiadała, że słabiutko. Kiedyś dałam jej pudełko truskawek, a innym razem pomogłam jej założyć rękawiczki. Nagle dotarło do nas, że jej już nie ma. Nikt z nas nie zauważył jej zniknięcia. W jej mieszkaniu pracuje już polska ekipa robotnicza. I nikt z nas nie wie, czy umarła, czy przeniesiono ja do domu opieki społecznej… Zmarła też nagle właścicielka Diany - czarnego mastifa, który w styczniu pogryzł Łajkę. Pękła jej aorta, jej ciało znalazł kochanek Jamajczyk, który wpadł z niezapowiedzianą wizytą. Dianę przeniesiono gdzieś na północ. Przeprowadził się też wyjec, ten piosenkarz uporczywie ćwiczący hity z listy top 40, który mocno starał się o modny wygląd. Gentryfikacja się nie zatrzymuje. Budynki, pod którymi w zeszłym roku protestowali czarni rewolucjoniści Londynu są już zburzone. Dziadowski sklep Hindusów przy głównej ulicy, gdzie za funta można było kupić prawie wszystko, zastąpiony został super wypasionym, nowym sklepem/warsztatem rowerowym. Na to akurat nie mogę narzekać, bo Brixton Cycles to super instytucja, a fakt, że ich nowa, dwa razy większa, siedziba jest zaraz pod naszym nosem na prawdę mnie cieszy. Zamknięto tez ostatni w naszej okolicy sklep z rybą i frytkami, a w jego miejscu otworzono sieciówkę z najgorszej jakości smażonymi kurczakami. I to głównie o tych zmianach pewnie będę pisać częściej. Mam nadzieję, że was nie zanudzę!

You Might Also Like: