3 czerwiec 2016

Notatka późno wiosenna a wczesno zimowa już prawie, bo lata tutaj nie uświadczysz. Czas niby leci powoli a jednak nieubłaganie. Z wydarzeń wyższej rangi - odbyły się wybory na burmistrza więc po raz pierwszy skreśliłam krzyżyki na liście wyborczej i wrzuciłam swój ważny głos do skrzynki. Za nic w świecie nie głosowałabym na dzieciaka milionerów, na Khana też nie zagłosowałam. Poparłam tego samozwańczego księcia z Ealing. Ale wygrał Khan - dzięki Bogu w końcu odsunięto torysa od koryta. Khanowi nie będzie mu łatwo… ale na pewno nastąpi parę krótkoterminowych zmian. Jest to też co prawda krok w stronę rzeczywistości z “Uległości’ Houellebecque’a. Niedługo Brexitowe referendum, w którym nie mam głosu. Nastroje wkoło nienajlepsze - co raz bardziej rośnie liczba osób deklarujących swój głos ‘za’. Obejżałam mocno propagandowy dokumnet ‘Brexit’ i włos się na głowie jeży. Mogę się założyć, że wielu Brytyjczyków będzie głosić te śmieszne tezy zaprezentowane w filmie Na prawdę nie wiem, jak bardzo trzeba być naiwnym, żeby w dzisiejszych czasach wierzyć jeszcze w ideały demokracji i łudzić się, że mamy jakikolwiek wpływ na to, co się w polityce dzieje….gdziekolwiek by to na świecie nie było. Wracając do mojego skromnego życia - od ostatniego dnia pracy minął już ponad miesiąc i szczerze mówiąc nie tęskno mi aż tak bardzo za moim restauracyjnym bałaganem - rozkoszuję się życiem trochę spokojniejszym. Głównie odpoczywam, czytam, oglądam filmy. Wyjechaliśmy na krótkie wakacje do Irlandii, wypożyczyliśmy samochód, Tycjan był kierowcą, Jerome pilotem a ja opiekunem psa. Zaczęliśmy od przepięknego rejonu Walii - Pembrookshire, wybrzeża poprzetykanego małymi czarującymi średniowiecznymi miasteczkami ze złotymi plażami - na pewno tam wrócimy. Potem zjechaliśmy emeraldową wyspę wzdłuż i wszerz i poniekąd Irlandia mnie urzekła swoją niepozornością i skromnością. Z mało czego słynie - whisky i Guiness, koniczyny, św. Patryk… Ani na fejsie, czy na nudnej pandzie ani hufftington post’cie - żadne z Irlandzkich miasteczek nie będzie wymienione jako top 10 to odwiedzenia w tym roku, żaden z parków narodowych nie będzie wśród najpiękniejszych, żadna plaża wśród najbardziej uroczych, żadne danie wśród najsmaczniejszych. Dlatego też każdy z pięknych kawałków tej wyspy jest nie lada zaskoczeniem i wzbudza uczucie, jakby się odkrywało codziennie kilka małych skarbów. Jedzenie wspaniałe, mimo, że dania niepozorne - wszystko obraca się wokół jakości produktów, bo w Irlandii tak na prawdę nie ma przemysłu żywieniowego, jest za to rolnictwo i tysiące małych gospodarstw, które zaopatrują lokalne sklepy. Taka idylla XXI wieku. Zachodnie wybrzeże zapiera dech w piersiach. Małe lokalne puby z lokalnymi kapelkami, boiska na których młodzi chłopcy grają w bardzo dziwną piłkę niby nożną niby ręczną a tak podobną do rugby. Tylko trochę drogo. Wróciliśmy do Londynu i zajęłam się remontem kuchni. Trzymam też oko i ucho na pulsie w sprawach lokalnych. Bitwa z gminą wisi w powietrzu, wysyłam niezliczone listy i maile, i prawie jak u nas w Polsce - zero odpowiedzi, nie licząc tych automatycznych maili zwrotnych informujących mnie, że dana osoba już w gminie nie pracuje. Tym czasem budynki lecą w dół. Wszystkie dumnie się prezentujące budowle w stylu chamskiej betonowej blokowej sieczki mielone są na gruz. Poleciał już Lambeth College i większa część budynków administracyjnych gminy. Ostał się tylko ratusz, ale i on przemieniony teraz będzie na biura komercyjne a z papierami będzie nam dane jeździć rzeki. Gmina zamyka też wszystkie biblioteki publiczne. Akcja na dużą skalę - wszystkie bez wyjątku przerobione będą na siłownie. Niektóre z tych bibliotek mieszczą się w przepięknych monumentalnych budynkach i od wielu dziesiątek lat były centralnym punktem małych lokalnych społeczności. Ludzie walczą, protestują, wywieszają banery i zbierają podpisy. I z jednej strony trochę przykro się na to patrzy, ale z drugiej strony, oprócz mamy Jeroma nie znam nikogo, kto by z bibliotek korzystał. Szkoda tylko, że będą to jednak siłownie a nie na przykład lokalne kluby kultury. Planują też zamknąć wszystkie mini baseny i brodziki publiczne w parkach a to akurat słabe. Na moim osiedlu natomiast mimowolnie zdobywam nowych przyjaciół - opuchniętą młodą matkę z czarnymi zębami, kilku starszych rastamanów, białego czawsa w dresach i sfory dzieciaków zakochanych w moim psie. Kamali z kuzynami to już się wbijają do nas na chatę jakby byli u siebie. Największym zaś szokiem minionego miesiąca jest powrót Jamala do swojego warzywniaka, a położyliśmy już na nim z Jeromem grubą kreskę - nie było go już ponad rok. Pewnego dnia pojawił się za ladą jak gdyby nigdy nic. Uśmiechnięty jak zawsze, trochę chudszy, trochę bardziej opalony. Opowiadał mi o swoim domu w Afganistanie i chwalił się, że prawdopodobnie niedługo do Londynu przyjedzie jego syn. I wyciągnął dla mnie skitrane najlepsze i najbardziej soczyste Mango, na które jest teraz sezon - a uwierzcie mi, nie ma nic lepszego niż te małe, prawie okrągłe ‘Alfonso’, lub złociste, trochę większe owoce z Pakistanu. Chodzę też na koncerty i często odwiedzam teściów na przedmieściach. Ale o Bromley to na prawdę nie ma co pisać…

You Might Also Like: