20 czerwiec 2016

Notatka czerwcowa - tym razem opowiem Wam o kurzu, o brudzie, o dziwnych ludziach, o pudełkach i małych porażkach, o tym jak łatwo zostać bezdomnym i będzie też o mnie - ale jak zwykle mało i skromnie. W czerwcu jest duszno i parno ale lata nie ma. Pada czasami. Siedzę w domu godzinami. Trochę czytam, trochę pisze, trochę gram na pianinie. Jak już pies przyjdzie do mnie po raz któryś tam z piłką w pysku, muszę w końcu podnieść się, złapać woreczek z kiełbasą (inaczej pies się nie słucha, trzeba go zawsze czymś przekupić), zakładam jej smycz, biorę worki na kupę, czasami portfel i wychodzę. Jeszcze miesiąc temu chodziłam do większego parku Myatt’s Fields. W części dla psów jest ławka, na której mogę spokojnie poczytać książkę, teraz jednak nie mam już na ten ‘dłuższy’ spacer siły i wychodzę na mały skwerek koło bloku. Niektórzy nazywają go parkiem no bo jest tam mały plac zabaw, całkiem duży wybieg dla psów, parę przyrządów do ćwiczeń fizycznych, mały staw, alejka romantyczna w tunelu z pięknie kwitnącego późnym latem krzewu… Cały skwerek jest pagórkowaty - wygląda na to, że to porośnięte trawą gruzy po zbombardowanych podczas Blitz’u w 44 szeregowych domkach wiktoriańskich. Moim ulubionym zakątkiem jest podupadające drzewo, które przypomina mi opadniętą odciętą dłoń enta lub też wielką gałąź, która ze zmęczenia podpiera się łokciem o trawę. Podobno kiedyś było w tym pareczku nawet przyjemnie, ale teraz deski i ławki pogniły, mała ostoja na stawie została otoczona ohydną drucianą siatką, bo spróchniała nie spełnia wymogów ‘health and safety’, latarnie odłączone od prądu bo to za duży koszt dla gminy. Wzdłuż wschodniego płotu, w akradach pod trakcja kolejowa tłuką młotkami niemiłosiernie blacharze w warsztatach samochodowych. Wyrzucają za płot resztki jedzenia i mnóstwo śmieci, które kwitną potem na zielonej trawie tygodniami. Aż ciężko uwierzyć jak bardzo ruchliwe potrafią być te szare alejki i jak bardzo towarzyskie są spotkania przy ławkach. Do stałej elity parkowej należy właścicielka dwóch psów - Phoebe i Filipa. Filipowi ostatnio zaszyli drugie ucho i jest kompletnie głuchy, biega dzwoniąc głośno dzwonkami przy obroży - zawsze z obsesyjnie zagryzioną w pysku małą gumową piłką. Pani gada ze wszystkimi, była kiedyś pokojówką w najlepszym Hiltonie w Londynie, ma trójkę dzieci - najmłodszy syn w dalszym ciągu z nią mieszka. Jest też Charmaine z ogromnym buldogiem amerykańskim o jednym oku niebieskim i jednym brązowym, ona - typowa czarna babka o bardzo silnym charakterze, miła i uczynna. Jest paru Jamajczyków i wszyscy mają bardzo groźne psy - nikt z nich nie zbiera kup, rzadko który trzyma swoje groźne psy na smyczy więc było już parę pogryzień, no i rzecz jasna nigdy się z resztą parkowej elity nie socjalizują. Są też mamy z maluchami na placu zabaw, Anglik z przestraszonym kundlem, no i jest nasza mała banda Polaków. Grzesiek stolarz, który wygląda z nich wszystkich najporządniej, przychodzi na skwerek w czasie lunchu i wygrzewa się na trawie, a po pracy podjeżdża na rowerze i obala jedno albo dwa tyskacze. Jest dwóch bezdomnych, którzy często rozpalają ognisko pod płotem przy warsztatach samochodowych, zbierają złom i jeżdżą z wózkiem sklepowym po lokalnych skupach metalu. Jest też pan K, z wielkim owczarkiem niemieckim, którego moja Łajka uwielbia - rzecz naturalna, z panem K znam się więc najlepiej. Pan K pochodzi z tego miasta, w którym podmieniana jest lokomotywa z elektrycznej na spalinówkę na trasie Augustów - Suwałki. Często, gdy psy się ganiały po trawie rozmawialiśmy o życiu. K miał żonę i ma dwójkę dzieci. Żona go wyrzuciła z domu dwa lata temu, gdy wrócił z Polski z psem - prezentem dla dzieci. Mieszka niedaleko, żeby z dzieciakami mieć częsty kontakt, wynajmuje pokój. Pracuje na budowie u koleżki, którego nazywa Arabem, choć na pewno Arabem nie jest. Jakoś w zeszłym tygodniu, jak zwykle siedziałam w sypialni i czytałam. Lubię czytać w tym właśnie pokoju, bo nie muszę puszczać muzy - moi sąsiedzi z na przeciwka mają fantastyczny gust i zawsze puszczają oryginalne reggae/ska kawałki jakichś lokalnych jamajskich wykonawców. Tym razem jednak panowie spod siódemki wyjechali na parę dni, włączając miłego, jak na mój gust zbyt napalonego, aczkolwiek jak na Jamajskie standardy bardzo przyzwoitego, pana Bennetta. W domu została tylko starsza pani, która poczuła wolność i zaczęła wszystkich nas katować romantycznymi piosenkami z lat 80. - Whitney, Brian Adams, wszystkie hity dyskotekowe z czasów podstawówki. Po niecałej godzinie nie wytrzymałam i wzięłam Łajkę do parku. Przysiadłam na ławce a pies hasał po trawie - idylla. Przyszedł pan K ze swoim ogromnym owczarkiem, psy zaczęły swoje szaleństwa a my typową kurtuazyjną pogawędkę. Nie wiem co mi strzeliło do głowy, ale zapytałam się, w czym pan K tak na prawdę się specjalizuje i okazało się, że w kuchniach i łazienkach - bingo! pomyślałam, bo w ciągu ostatnich dwóch tygodni wystawiło mnie już za czterech typów od ekip remontowych. No i zapytałam się, czy przypadkiem nie byłby zainteresowany remontem mojej kuchni. Przyszedł do mieszkania, pokazałam mu starą zasyfiałą kuchnię i nowy projekt, no i dobiliśmy targu. W zeszły poniedziałek stawił się elegancko, cały dzień rozpruwał stare meble, kafelki, posadzki… We wtorek miał ze mną podjechać do sklepu budowlanego, ale podczas wieczornego spaceru owczarka napadły dwa dogi i musiał jechać z psem do weterynarza. Przesunęliśmy zakupy, kupiliśmy worki z różnymi klejami, cementami, fugami i papkami, pan K się zmył. W środę nie przyszedł, nie odpisywał na esy, pod wieczór napisał, że ma problem z mieszkaniem, ale następnego dnia będzie. Przyszedł z kolegą elektrykiem i robota ruszyła dalej. W piątek przyszedł elektryk a na wielmożnego pana K trzeba było czekać prawie do południa. Przyszedł, pociął parę kafelków i znowu się zmył. W tym momencie już mieszkanie przykryte było centymetrową warstwą kurzu, jakby wybuchł nam mini wulkan w mieszkaniu. Zaczęło też się robić co raz ciaśniej, w salonie mamy już lodówkę, stół kuchenny, wszystkie garnki i słoiki w pudełkach, i uświnioną pyłem pralkę. W między czasie była dostawa z nową kuchenką i zmywarką, potem przyjechały wszystkie flat paki z Ikei, które zawaliły nam korytarz, paczka od mamy 25 kilo - zasłony i takie tam, pudła z rzeczami do nowej kuchni - wszystko w sypialni. Ale wracając do Pana K. Po pracy w niedziele poprosił mnie poważnie o rozmowę. Tym razem okazało się, że owczarek naskoczył właściciela mieszkania, w którym K zajmował gościnną kanapę. Padło więc pytanie, czy mógłby się przespać u nas w garażu razem z psem. Następnego dnia znowu się nie pojawił u nas, nie odbierał telefonów ani nie odpisywał na esemesy - miarka się przebrała i od razu zatrudniłam nową ekipę. Dopiero wieczorem K napisał, że przyjdzie następnego dnia. Znowu nie przyszedł - trzeba więc było się skupić na poszukiwaniach. Nie straciliśmy żadnej kasy tak na prawdę, bo tylko zapłaciliśmy mu za to, co zrobił, zostawił też u nas swoje dokumenty na wypadek, gdyby coś mu się stało, ale K trzeba było znaleźć i zakończyć tę farsę. Zaszliśmy w nocy pod garaż, zabraliśmy od niego klucze. Następnego dnia K siedział już przy ognisku z polskimi bezdomnymi, pies skulony przy jego boku… i tylko strasznie mieszane uczucia - cóż, czasami tak wygląda prawdziwe życie. Tym czasem nowa ekipa pracuje na cały gwizdek, kuchnia będzie gotowa w poniedziałek, K odebrał dokumenty i podobno wrócił do starej pracy, a my siedzimy u teściów rozkoszując się domowym ciepłym obiadem i czystą pościelą. Tym akcentem zakończę dzisiejszą historię - trzymajcie kciuki za równie ekscytujące wydarzenia w lipcu.

You Might Also Like:
masaai
lake nakuru
kili chmura big2
drzewo nakuru
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
01 klony 3
ognisko i kili
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
ognisko i kili
ABOUT ME

Anemonkey is an eighties child who loves people, can't live without travels, is passionate about all food and drinks and people who make them. She never leaves home without a camera. Then she writes about what she's seen, touched and tasted. 

Read More

 

Search by Tags

2016 by Anemona Knut