Montreal - legendarne miasto fast foodów

Myśląc o Kanadzie mało z nas myśli o jedzeniu, a ci, co rzadko myślą o czymkolwiek innym od razu zaczną wyobrażać sobie wielkie szklane dzbanki z syropem klonowym oraz sterty puszystych naleśników z boczkiem i kiełbaskami. Magazyn Vice pisze o tym, jak trudno zdobyć jedzenie na północy, gdy kraj zasypany jest śniegiem, Discovery Channel pokazuje losy twardych kierowców ciężarówek i drwali, a National Geografic publikuje zdjęcia ludów Inuit. Bardzo dużą popularnością cieszą się turystyczne wyjazdy wędkarskie i łowieckie. Kanada oferuje jednak znacznie więcej a wycieczka kulinarna po tym kraju jest ekscytująca i zaskakująca, przenosi nas nie rzadko w czasie ukazując miejsca bardzo zróżnicowane kulturalnie. Część I MONTREAL

Montreal, leżący na wielkiej wyspie po środku rzeki Saint-Laurent, jest dziś nie tylko wśród 25 najprzyjemniejszych miast do życia na ziemi, ale jednym z najbardziej oryginalnych i wyjątkowych miast północnej ameryki. Ulubione miasto Anthonego Bourdain’a, o którym pisze, że to właśnie tu bujają się najfajniejsze dzieciaki. Ja wybrałam mały hotel niedaleko starego portu, by wszystko mieć pod ręką. Zrobiłam mały rekonesans przed przyjazdem i stwierdziłam, że hasłem przewodnim muszą w Montrealu zostać fast foody - te niemalże zabytkowe małe sklepiki i tradycyjne jadłodajnie, w których niczego nie zmienia się od lat, te lokale które wysławiły parę kanadyjskich dań na cały świat. Syrop Klonowy do wszystkiego Pierwszym daniem w Montrealu musiało być coś z syropem klonowym! To przecież tutaj, w stanie Quebec, produkuje się najwięcej tego syropu na świecie. No i musiało to zatem być śniadanie, a jest ono tu jednak inne niż w Europie. Nawet słynne ‘Pełne Angielskie’ nie dorównuje w niczym temu serwowanemu w byle jakiej knajpeczce - do jajek, boczku, kiełbasek, tostów, marmolady, fasoli i smażonych ziemniaków dodają tutaj zawsze te słynne puszyste naleśniki i stawiają przed tobą dzbanuszek z syropem klonowym. Połączenie słodkiego syropu ze smakiem smażonego mięsa jest czymś u nas nie spotykanym, jednak smaki pasują do siebie wyśmienicie! Ten indiański nektar jest dla mnie na prawdę jednym z najbardziej niesamowitych produktów kulinarnych na ziemi. Słodki, ale bardzo delikatny, lżejszy i mniej kaloryczny od cukru czy miodu. I pomyśleć, że wystarczy tylko odpowiedni klon, mały otworek w korze i wbita w niego rurka, którą ściekać do wiaderka kropla po kropli będzie woda klonowa, która po odparowaniu staje się syropem. Z jednego drzewa można rocznie uzyskać około litra dziennie. Tutaj używa się go do absolutnie wszystkiego - jadłam nawet łososia pieczonego w syropie czy fasolę zamiast w pomidorach, gotowaną w syropie z kawałkami boczku. Jako dodatku można go użyć w dressingach do sałatek - zwłaszcza w połączeniu z olejami orzechowymi (!) - do pieczonych warzyw takich jak dynia, słodkie ziemniaki, marchew czy pietruszka; do prażonych mieszanek orzechowych; w marynatach do mięs, w sosach, w koktajlach, no i nie wspominając o niezliczonych przepisach na wspaniałe klonowe desery. Mistrzowie Kanapek

Burgery, hot dogi i niemal wszystkie mega kanapki to podstawa w Ameryce Północnej, no i Montreal znajduje się na globalnej mapie kanapek zdecydowanie w ścisłym centrum. Najsłynniejsze są montrealskie wędzonki - wędzony brykiet wołowy przyrządzany tradycyjnie w małych koszernych delikatesach podbił cały kraj i jest teraz obowiązkową pozycją w menu wielu barów i restauracji w całej Kanadzie. Mekką wędzonek jest po dziś dzień Bulwar Saint-Laurent, idąc od portu, przechodząc przez China Town, po krótkim spacerze pod górę pośród industrialnych budynków pokrytych fantastycznymi muralami, trafiam wreszcie na zagłębie restauracyjek, barów, piekarni z bajglami i sklepów vintage. To tutaj od prawie wieku przyrządzane są najlepsze kanapki z montrealskimi wędzonkami, których tradycja przywieziona tu została przez żydowskie rodziny uciekające z Europy przed wojną. Wiele miejsc, tak jak najsłynniejszy na świecie Schwartz’s nadal prowadzone są przez potomków ich założycieli. Reuben Schwarz, imigrant z Rumunii, założył swój sklepik w 1928 roku. Dziś te skromne delikatesy otoczone są modnymi butikami i drogimi sklepami. Nad markizą wisi wielki szyld, a w oknie wystawowym leżą wielkie kawałki soczystej wołowiny. W środku lokal wyłożony sterylnie białymi kafelkami, a wzdłuż poustawiane są wąskie stoły ze stołkami barowymi. Menu jest proste - kanapki z wędzonką, indykiem, salami i kurczakiem, steki wołowe, kurczak z grilla, pieczona wątroba, frytki, coleslaw, marynowane papryki i obowiązkowe kwaszone ogórki. Najsłynniejsza jest jednak wołowa wędzonka - przepis w zasadzie jest bardzo prosty - duży kawał mostku wołowego, zaprawiony ziarnami gorczycy i kolendry, pieprzem ziarnistym, czosnkiem i solą, odstawia się na minimum tydzień, by mięso przeszło smakiem przypraw. Następnie wędzi się ten kawałek na gorąco a na koniec gotuje na parze. Kanapki tradycyjnie serwowane są z milionem cienko pokrojonych plasterków ciepłego mięsa na ciemnym chlebie z grubą warstwą musztardy. Inną bardzo popularną kanapką jest ‘Sous Marine’ (z fr. łódź podwodna), czyli nic innego jak klasyczny Sub (z ang. Submarine). Nie zapominajmy, że Sub narodził się przecież w stanie Maine, który graniczy z kanadyjskim Quebec. Sub jest bardzo stary, włoscy imigranci już w XIX wieku kroili ciabatty wzdłuż i wypełniali je plasterkami różnych wędzonek, sałatą, pomidorami i przyprawiali włoskimi ziołami. W Montrealu tradycja Subów jest równie mocno zakorzeniona, jak u sąsiadujących amerykanów. Tutaj jednak często serwuje się Suby z lokalnymi wędzonkami doprowadzając tę prostą kanapkę do poziomu mistrzostwa. Inne popularne wersje to wegetariańska, z pepperoni, stekiem wołowym czy kurczakiem. I co zdziwiło mnie najbardziej - większość Subów w Montrealu podawanych jest z naszymi ogórkami kwaszonymi! I frytki do tego

Kanadyjczykom tak bardzo zależy na kreowaniu własnego stylu, że nawet frytki w Montrealu musiały przejść mały tuning. Poutine zaczęto w Quebec podawać w latach 50. i do tej pory nie wiadomo, kto wpadł na pomysł potrawy i skąd tak na prawdę wzięła się nazwa. Każdy szanujący się fast food ma swoją wersję tego kultowego już kanadyjskiego dania, nawet niektórzy szanowani szefowie kuchni z wysokiej klasy restauracji wpisywali własne interpretacje na karty dań. Poutine tak na prawdę to ‘frytki plus’, polane sosem, posypane mnóstwem dodatków takich jak prażona cebula, smażona kiełbasa, duszone mięso, boczek, montrealskie wędzonki, gulasz, grzyby, no i wykończone swoistego rodzaju twarogiem lub startym serem. Najwyższej klasy Poutine podane bywa z foie gras, kawiorem czy truflami. W Montrealu są sieciowe ‘frytkarnie’, gdzie na menu są tylko frytki i mnóstwo różnych rodzajów Poutine, można oczywiście też samemu sobie skomponować własne wersje. Klasyczne rodzaje to Poutine po włosku z sosem bolońskim, po grecku z bardzo cienkimi frytkami, wykończone serem feta i lekkim winegretem, Poutine Dulton z wołowiną i cebulą, Poutine Galvaude z szatkowanym indykiem lub kurczakiem i zielonym groszkiem, New Jersey Poutine z tartym serem, Sugar Shack Poutine z boczkiem i syropem klonowym, jest też wersja Gyros i Donner. Fastfoody z historią - tanie jadalnie z klasą

Nic nie kojarzy się bardziej z tanim posiłkiem w Ameryce Północnej niż klasyczna jadalnia, typowy amerykański ‘diner’ z rzędami czteroosobowych stołów, przy których siada się na mini kanapach z wysokim oparciem, obitych kolorowym skajem. Kelnerki starej daty kręcą się między gośćmi trzymając w ręku dzbanek z kawą na darmowe dolewki. Pierwszy był Denos, w którym zjadłam wcześniej wspomniane śniadanie. Ten diner otwarty został w 1958, z zewnątrz niepozorny, wewnątrz zresztą też. Ulokowany na roku kamienicy przy Rue Saint-Denis, na przeciwko jednego z największych szpitali w mieście, przyciąga ludzi z całego Montrealu. Najbardziej znany jest właśnie ze śniadań, ale klasyczny stek podany na kolację, czy prosta kanapka w porze lunchu są perfekcyjnie proste i na prawdę bardzo smaczne.

Następnie wybrałam się do polecanego przez Bourdaina Beauty’s, ulokowanego w centrum modnego Mile-End przy ulicy Avenue du Mont-Royal. Kolejne niepozorne miejsce, żadnych szyldów na zewnątrz, szklane drzwi prowadzące do małego przedsionka, w którym porozwieszane są zdjęcia właściciela ze sławami tego świata i mnóstwo wycinków z gazet. Było dość wcześnie, więc kolejka nie była jeszcze zbyt długa. U progu restauracji, przywitał mnie siedzący na jednym z barowych stołków Hymie Sckolnick. To on, razem z żoną Fredą w 1942 kupił Bancroft Snack Bar i tak oto narodził się najsłynniejszy Montrealski brunch. Spojżał tylko w moją stronę, uśmiechnął się i powiedział, że na stolik będę musiała poczekać 15 minut, ale przy ladzie mogłam usiąść od razu. Jakie to wspaniałe, że mimo swoich prawie dziewięćdziesięciu lat, w dalszym ciągu obdarza gości uśmiechem i co dzień osobiście przyjmuje wszystkich gości w Beauty’s. Polecił parę klasycznych dań i oddał mnie w ręce kelnerek. Mimo, iż wybrałam się tutaj w porze lunchowej, wiedziałam co mnie czeka i tego dnia słusznie odpuściłam sobie śniadanie. Na menu logo restauracji z klasyczną pin-upową modelką, a zaraz pod nim 10 różnych rodzajów smoothie, dania brunchowe - klasyczne bajgle, dania z jajkami, naleśniki grube i cienkie nadziewanie, granola domowej roboty, gofry i tosty francuskie, omlety, kanapki, sałatki i mały, ale klasycznie wyśmienity wybór dań głównych - grillowana wątroba, kurczak i tuńczyk. Desery i obowiązkowa krwawa Mary. Skusiłam się na tost francuski, serwowany obowiązkowo z boczkiem, grubymi plastrami smażonej szynki, kiełbaskami i syropem klonowym - niebo w gębie.

Ostatnim fastfoodowym przystankiem dla mnie był mały sklepik w bocznej uliczce odchodzącej od bulwaru Saint-Laurent, nieco bardziej w głąb dzielnicy Mile End. 1 Maja 1932 roku, rosyjski emigrant Harry Wilensky otworzył tu gabinet golarski i sklep z tytoniem. Na tyłach sklepu ustawił fotele fryzjerskie, w gablotkach wystawił humidory, cygara, papierośnice - zrobił też małą ladę, przy której ustawił wysokie stołki barowe i zza niej sprzedawał wodę sodową z sokiem i hot dogi. Konkurencja na Mile End rosła i syn Harrego - Moe zasugerował kupno grilla. Regularni goście cały czas prosili Harrego o coś wyjątkowego, jakis specjał. I tak powstał Specjał Wilenskiego - okrągła kanapka z wołową salami i wołową bologną (grubą kiełbasą z drobno mielonej wołowiny), koniecznie podawana z musztardą i topionym żółtym serem - prośba o przekrojenie kanapki na pół, albo o podanie bez musztardy jest tu poważną obrazą majestatu. Dziś u Wileskiego już nikt nie goli ani nie strzyże, a gabloty stoją obklejone wycinkami z gazet. Specjał Wilenskiego jendak podbił cały Montreal, kolejki ustawiają się po dziś dzień. Jest nawet wierszyk o tej małej okrągłej kanapce! Oprócz specjału Wilensky znany jest też ze starego dystrybutora wody sodowej (skąd my to znamy?), woda podawana jest w grubych szklankach z wyborem soków - cola wiśniowa, cola, wiśnia, ananas, czekolada, truskawka, soda śmietankowa, cytryna z limonką, piwo korzenne i pomarańcza. Są też syropy dietetyczne i soda z mleczną czekoladą. Jako dodatki serwowane są ogórki kwaszone i wołowe kabanosy.

Mile End, Mont Royal Plateau i dzielnica włoska Współczesny Montreal to jednak nie tylko fast foody. Jest tu całkiem sporo drogich i ekskluzywnych restauracji, najczęściej zlokalizowanych wokół starego portu. Jest fantastyczna dzielnica chińska z niesamowitymi tanimi bufetami, no i miejsca takie jak Mile End i Plateau Mont Royal - współczesne, modne, odkrywcze i kreatywne. Tutaj jak grzyby po deszczu wyrastają co raz to nowsze knajpki, bary i restauracje. Wpływ kultury francuskiej z wielką miłością do jedzenia sprawia, że ludzie bardzo często jedzą tu poza domem, co bardzo sprzyja rozwojowi lokalnej gastronomii. Wielu młodych i utalentowanych szefów kuchni eksperymentuje z różnego rodzaju fuzjami. Bary są modne, głośne, innowacyjne i serwuje się tutaj świetne koktajle. Bardzo dużo też mini-browarów, tutaj nazywanych brasseriami, a tak na prawdę to małe puby prowadzone przez miłośników piwa. W każdym takim pubie jest minimum sześć wielkich kadzi, w których warzą się piwa przyżądzane według własnych przepisów.

Spacerując po Rue Saint-Denis, Avenue Mont Royal i Bulevard Saitn-Laurent głowa obracała mi się we wszystkich kierunkach, zatrzymywałam się przy niemal każdej restauracji wczytując się w karty dań i żałując tylko, że nie mam wystarczająco dużo czasu na spróbowanie wszystkiego. Małe sklepiki z żywnością ekologiczną, piwnice z winami, które w Europie ciężko dostać, kawiarnie i cukiernie. Znalazłam nawet butik dla grzybiarzy! Niemały sklep podzielony na dwie sekcje, w części delikatesowej można było kupić świeże grzyby, suszone, sproszkowane, marynowane, piklowane oraz koncentraty - nie zapominajmy, że flora kanadyjska bardzo podobna jest do naszej, więc i odmiany grzybów są niemal te same, tyle że w Kanadzie rośnie ich znacznie więcej. Druga część sklepu poświęcona była kunsztowi grzybiarzy - nigdy w życiu nie widziałam tylu specjalistycznych koszy grzybiarskich i nożyków. Na półkach pełno książek kucharskich poświęconych grzybom, atlasów i przewodników po lokalnych lasach. Właściciel sklepu od razu zaprosił mnie na jedno z organizowanych przez niego grzybobrań - jaka szkoda, że w Montrealu miałam tak mało czasu!

Na północ od Mile End znajduje się dzielnica włoska, a jak wiadomo - tam gdzie włochów dużo, dużo też fantastycznych trattorii i kawiarenek. To tutaj jest też największe targowisko w Kanadzie. Częściowo zadaszone - setki straganów wynajmowanych przez rolników i sprzedawców promujących najznakomitsze lokalne produkty. Oprócz sezonowych warzyw i owoców, zafascynowana byłam stoiskami z syropami klonowymi, produkowanymi w małych ilościach - o różnej intensywności i gęstości, sprzedawano też czekoladki, cukierki i mnóstwo innych produktów klonowych. Perełką był też pan, który oprócz swojskich jabłek i gruszek sprzedawał wyśmienite mrożone cydry i mrożone wino. Mrożone cydry produkuje się przede wszystkim w Kanadzie - dzięki nim znani są wśród najwyśmienitszych somelierów z całego świata. Jednak większość tych kupowanych w supermarketach, komercyjnych targowiskach dla turystów czy sklepach bezcłowych na lotnisku - to produkty masowe. Ja miałam szczęście natknąć się na przedstawiciela małej farmy Coteau Rougemont, na której rodzina Robert produkuje fantastyczne mrożone wina i cydry. Ich produkty produkowane są na małą skalę, ale z ogromną pasją i precyzją.

No i czas w Montrealu dobiegł końca, musiałam pożegnać się z tym fascynującym miastem. Wyjeżdżałam najedzona, ale nie do końca nasycona. Gdybym tylko mogła zostać tu tylko jeszcze parę dni, na pewno skosztowałabym parę dań z tych ekskluzywnych restauracji znanych na całą Amerykę Północną, oraz z tych małych francuskich bistro i kreatywnych knajpeczek na Mile End. Wybrałabym się na grzybobranie i na wycieczkę do farm klonowych. Przejechałabym się do sadów jabłkowych i bliżej przyjżała produkcji słynnego kanadyjskiego cydru. A jednak trzeba będzie to wszystko odłożyć do następnego razu, którego już nie mogę się doczekać, choć nie wiadomo, kiedy dane mi będzie odwiedzić te strony świata ponownie.

You Might Also Like:
masaai
lake nakuru
kili chmura big2
drzewo nakuru
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
01 klony 3
ognisko i kili
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
ognisko i kili
ABOUT ME

Anemonkey is an eighties child who loves people, can't live without travels, is passionate about all food and drinks and people who make them. She never leaves home without a camera. Then she writes about what she's seen, touched and tasted. 

Read More

 

Search by Tags

2016 by Anemona Knut