podziemne miasto krwiopijców


Poleciałem do Kanady do kumpla malarza, który dostał dobrą fuchę w St. John’s na Nowejfunlandi. Skończył malarstwo, nie miał kasy jak każdy z nas. Poszedł na targi pracy, sam nie wiedząc tak na prawdę po co - chyba tylko dlatego, że matka mu marudziła. Jedyne stoisko, które przykuło jego uwagę to oczywiście gry komputerowe. Powiedzieli mu, że szukają art dyrektorów. Zaaplikował, dostał robotę i w ciągu kilku miesięcy wyemigrował. Posiedziałem u niego dobre dwa tygodnie - cicho tam u nich i spokojnie, dobry chill w naturze. Ostatniego wieczora uchlaliśmy się w lokalnym pubie, odpadłem dosłownie na pół godziny, obudził mnie taksówkarz dobijający się do drzwi. Dość pijany na lotnisku to już klasyk - złapałem tylko bułkę z jajkiem i wpakowałem się do samolotu. Dwie godziny później ląduję w Montrealu - i tu zaczyna się akcja!

Montreal - Dzień 1 - browary i grunge

Kac morderca, zero kasy na taksówkę więc autobus miejski, wypełniony po brzegi. Wbiłem się w kąt, zarzuciłem kaptur na głowę i kima. Mój hotel był niedaleko końcowej stacji. Wyturlałem się z autobusu przygnieciony moim mega ciężkim plecakiem, ogarnąłem jakąś lokalną mapę, wyciągnąłem pognieciony skrawek, na którym zapisany miałem adres hotelu. Dziesięć minut z buta i jestem - ponura kamienica na przeciwko ogromnego szpitala, markotny kolo w recepcji, już na mnie k… obrażony bo nie powiedziałem ‘bążur’ - witajcie w Quebec, tu się przecież mówi po francusku. Nie dał mi klucza, ale pozwolił się odlać i zostawić plecak. Polazłem nad rzekę i zasnąłem na ławce w parku, romantycznie pod kanadyjskim klonem.

Obudziłem się już w moim hotelu - ciemny pokój w suterenie, śmierdzący wilgocią - spadam stąd! Na drzwiach Marylin - bo hotel nazywa się ‘Celebrycki’, co za bzdura! Poszedłem przed siebie, jestem przecież na jednej z fajniejszych ulic - Rue St. Denis. Idę wzdłuż uniwersytetu, przechodzę w rejon uniwersyteckich knajpek. Mistrzem są tu tak zwane ‘Brasserie’, czyli bary z przyłączonymi do nich mini-browarami. Oprócz ogarnięcia galerii i muzeów to chyba będzie moja jedyna misja na nadchodzące pięć dni - wypróbowanie wszystkich i wystawienie im ocen. Usiadłem w ogródku pierwszego napotkanego po drodze takiego baru, bo lubię jarać fajki i gapić się na przechodniów. Na menu ponad czterdzieści browarów o nieźle ponurych nazwach takich jak zakrystia, stygmaty, exodus, czarny Jezus czy anatema - wybrałem to ostatnie. Określili je jako zakwaszony porter warzony na maślance - nie dopiłem, masakra - obrzydliwe! Następnego wziąłem R.I.P 2009 (kolejna chora nazwa, ale podobno miał to być skrót ok Russian Imperial Porter) i już było trochę lepiej. Zamówiłem najtańszą rzecz na menu - panierowane korniszony smażone na głębokim oleju i zacząłem przyglądać się ludziom - ale oni się tu ubierają! Rozumiem, że jest tu zimno w zimie, ale co - u nas nie jest? Wiem, że mają śnieg, my też mamy! Ale nikt u nas nie nosi wełnianych czapek cały rok na okrągło, ciężkich swetrów a panny nie chodzą w grubych rajstopach i getrach wiosną. Wszyscy, no może nie wszyscy ale zdecydowana większość, wygląda jak grunge’owcy przeniesieni w czasie z Seattle lat 90’ przemieszani ze squatowcami, panczurami i uczestnikami zimowego Burning Mana. Dużo gości śmigających na deskorolkach i longboardach - i to jest fajne. Klimat na prawdę wyjątkowy, podoba mi się póki co. Popijając browar, patrząc na gotyckie wieżyczki kamienic nagle wszystko okazało się jasne! Dopiero niedawno obejżałem ‘Tylko kochankowie przeżyją’ Jarmusha - Detroit to tylko przykrywka! Prawdziwą współczesną stolicą podziemnego państwa wampirów musi być Montreal! Przeszedłem się w górę ulicy, połaziłem po tych modnych dzielnicach takich jak Mile-End. Błądziłem wśród barów i knajp z muzą na żywo pomiędzy Bulevard St.Laurent, Avenue du Mont Royal i Rue St. Denis. Bardzo rockowe to miasto - zajebiste. I mnóstwo ogromnych murali - przyjżę im się jutro bo mrocznie tu jak cholera, zwłaszcza jak jest ciemno - spadam do hotelu.

Dzień 2 - murale, wampiry i fast foody

Znowu kac, nowy typ w recepcji mojego spleśniałego hotelu - strasznie dziwny koleżka. Młody długowłosy metal z bielmem na oku. Patrzył się na mnie podejżanie, ale wymamrotał ‘miłego dnia’. Pasuje jak ulał do mojej paranoidalnej teorii. Na Bulwarze St. Laurent złapałem słynną Motrealską kanapkę z milionem plasterków wędzonej wołowiny - kolejny mistrz w tym mieście - tanie fastfoody słynne na cały świat, wyspecjalizowali się w tych bułkach z mięsem i we frytkach, które tu nazywają ‘putin’ i polewają czym się da. Ale nie będę im strzelał kontrastowych fotek na instagrama. Misją na dzisiaj było obczajenie tych wszystkich murali - w Europie nie widziałem jeszcze miasta z takim ogromem street artu. Murale - dużo sław takich jak Kashnik, Seth, Phlegm, Zema, Alexis Diaz, włączając w to naszego Bezta z Etam. Moim osobistym faworytem jest pseudo grecka świątynia zrastrowana i przekreślona pomarańczową kreską Cyrcle. Co roku organizowany jest też tu Muralfest - jeden chyba z największych światowych festiwali muralowych. W tym roku niestety dopiero w lipcu. U nas murale wyłaniają się zza rogów, jakby czyhały na przechodnia, jakby chciały mieszczuchów zaskoczyć swoją skromną obecnością na tak wielkich powierzchniach. Londyn, Paryż, Berlin, Wawa, Łódź - jest tych murali całkiem dużo, ale każdy z nich po tysiąckroć opisany w Buzzfeedach, facebookach i lifestylowych magazynach. Tutaj te murale atakują z każdych stron, skaczą ludziom do oczu, wrzeszczą do nas - patrz i podziwiaj!!! No i zanim tu przyjechałem znałem tylko kilka z nich. Kolejny plus mrocznego miasta. Po sporej dawce wizualnych uniesień przysiadłem w kolejnej knajpie, wziąłem do ręki kolejne menu z piwkami - tym razem na etykietach motywy ze smokami i rycerzami i całe menu znowu napisane gotycką czcionką - moda czy znowu wkręt mojej paranoi? Ale to nie mogę być tylko ja! Te murale też, same charaktery jak z horroru, wilkołaki, zombie, ludzie bez oczu - na prawdę wszystko dramatycznie-mroczno monotematyczne. Przelazłem prawie całą długość St. Laurent, a to długa ulica, słońce walnęło mnie trochę więc postanowiłem złapać metro spowrotem w dół i wrócić w okolice Sherbrook. Siadam w wagonie a na przeciwko mnie kolo, który dziwnie zastygł w bezruchu. Nawet nie mruga oczyma, wpatruje się tylko martwo przed siebie. Raz na jakiś czas przekręci tylko nerwowo głowę jak ptak, robotycznie zasłania ręką okna jak tylko pociąg wyjeżdża z tunelu. Moja wkręta potęguje się na maksa a nie ćpałem nic! Próbuję sobie to racjonalnie wytłumaczyć - wiadomo, że sam nie należę do normalnych, więc wklejam sobie jakąś bajkę. Basta. Wyłażę z metra, a na ścianach jakaś reklama hologramowa jak z horroru - czarne lustro, w którym tylko pod kątem widać zarys ducha małej dziewczynki. Kolejny wkręt. Za bramkami biletowymi wchodzę w podziemny labirynt przejść, sklepów i tuneli. Montreal znany jest ze swoich przejść podziemnych, mają ich największą siatkę na świecie. Łącznie 32 kilometry połączonych ze sobą tuneli na przestrzeni 12 kilometrów kwadratowych, tak zwane ‘podziemne miasto’, w którym znajdują się centra handlowe, kina, sklepy, restauracje, nawet główny dworzec kolejowy jest częścią tej ogromnej konstrukcji. Kolejny cholerny dowód - kto inny by wydał taką masę pieniędzy na budowanie podziemnego miasta, jeżeli nie wampiry? Wiem, że oficjalnie znowu tłumaczą się tu zimą, ale w Moskwie jest zimniej i mają tam więcej kasy, a nikt nie buduje podziemnych twierdz! Moja paranoja się powoli wymyka spod kontroli. Spadam do hotelu. Kupię tylko browar w sklepie po drodze i idę spać.

Dzień 3 - na tropie wampirów

Wampirowa wkręta nie daje mi spokoju. Wszystko niestety trzyma się kupy - te murale, podziemne tunele, miasto z długą i bezsłoneczną zimą, dziwni na maksa ludzie. Najpierw miałem paranoję, dzisiaj obudziłem się z misją detektywa śledzącego wszystkie wampiryczne ślady - jeżeli tu są wampiry - to ja was znajdę! Szybko wskoczyłem pod prysznic i z nową energią ruszyłem w miasto. Knajpa, krwawa mery, śniadanie. Zacząłem od najbanalniejszej rzeczy na świecie, wpisałem w googlach ‘montreal vampires’ - polecam ćwiczenie bo rezultat znakomity. Po pierwsze fantastyczny portal, w którym członkowie znajdą bary dla wampirów, tablice ogłoszeń z informacjami o miejscach przyjaznych dla wampirów, i przede wszystkim przewodnik, który umożliwi szybką autoanalizę. Wymienionych jest w nim 38 cech współcześnie żyjących wampirów i jeżeli 95% z nich odnosi się do Ciebie, lepiej spadaj do cienia, bo szybko zachorujesz. Cechami wampirów są na przykład: wyglądasz na młodszego niż jesteś, jesteś bardziej aktywny w nocy niż w dzień, masz jasną karnację, jeżeli ktoś kiedyś stwierdził, że cudem uszedłeś bez uszczerbku na zdrowiu, masz bóle głowy gdy patrzysz w słońce bez okularów, ciągnie cię do podróży, itp. Na stronie też znajdują się porady jak rozróżnić łowców od pogromców wampirów. Znalazłem też informację, że pierwotnym pomysłem na logo igrzysk olimpijskich w Montrealu ’76 miał być wampir, ale że nie można go było oficjalnie wkleić, zmontowano małego czarnego bobra, którego i tak nazwano wampirkiem. No i najfajniejszy motyw - prawdziwy Wampir z Montrealu - seryjny zabójca, który wabił ofiary do swojego mieszkania i wgryzał im się w biusty i szyje. Przyczyny śmierci kobiet - nieznane. Czaszka zaczęła mi dymić. Potrzebowałem przerwy, przeszedłem się w kierunku city - biznes, kapitalizm, zachodnia cywilizacja, moment na odmóżdżenie. Chciałem zobaczyć wystawę w lokalnym centrum sztuki współczesnej ale - impreza zamknięta - zza szyby widać tylko było grupkę ludzi i darmowe wino… skąd my to znamy? Pora na kolejną brasserię, muszę przecież skosztować wszystkich piw. Mam na prawdę szczęście z pogodą, słonecznie i miło. Znowu usiadłem na ogródku, zamówiłem jakieś IPA, podczepiłem się pod ich darmowe wifi i poszukałem innych galerii. Wszystko raczej na północy. Zacząłem spisywać adresy galerii, ale zamyśliłem się patrząc przed siebie na drugą stronę ulicy. A tam zza samochodu, niczym koleżka z ‘Walking Dead’ wysnuwa się ten sam typ, co siedział na przeciwko mnie w metrze. Idzie krokiem zombiaka, ciągnąc za sobą tylnią nogę, cały czas kręci tą głową jak ptak, ma otwarte usta i dziwnie wygięte ręce. Miazga - no zombie jak w mordę strzelił. W answers.com wpisałem ‘czy w Montrealu są wampiry’ - odpowiedź - ‘tak, naukowcy twierdzą że istnieje prawdopodobieństwo, że w Montrealu żyją wampiry’. Skończyłem browar, jadę autobusem na północ. Wysiadłem, gdy na horyzoncie pojawił się mega industrialny budynek, jakaś stary magazyn z dziwną cysterną na dachu - St. Lawrence Warehouse Company. Zafascynował mnie trochę, gdybym miał wybierać miejsce na pracownię było by to na pewno tu. Dobra też miejscówka na kręcenie filmów. Zaraz za budynkiem, w dalszym ciągu wzdłuż bulwaru St. Laurent, otworzyła się przede mną nowa okolica. Trochę bardziej zaniedbana, niechlujna, chaotyczna. To tu znalazłem najwięcej małych galeryjek - żadna rewelacja na dobrą sprawę - nie mój klimat. Widać, że tutaj nie ma za bardzo miejsca na abstrakcje, sztukę minimalistyczną - raczej głośne cyberpunkowe jazdy i znowu jakieś wampiryczne demonizmy wszędzie. Trafił mi się po drodze jakiś rynek rolniczy - i zgadnijcie co sprzedawali prawie wszyscy i to w kosmicznych ilościach. Tak - czosnek. Teraz to już się głośno śmieję po prostu i proszę o więcej. Księgarnia po drodze - wchodzę, a w niej bestsellery - książki o wampirach. Sklep turystyczny - wchodzę, a w nim - płaszcz łowców wampirów. Zaczynam już nawet tym lokalnym przyglądać się w inny sposób. Teraz to już nawet widać, kto ucieka i kto kogo goni. Łowcy jednak na prawdę różnią się od pogromców. Ci pierwsi to młodzi metale chodzący w grupach, ci drudzy to już bardziej utrudzeni, samotni strzelcy - długowłosi wagabundzi. Niezła zabawa, ten Montreal. Idę do kolejnego mini browaru, na drzwiach plakat reklamujący imprezę techno, cyberpunki i ‘noc odrodzenia’. Siadam tym razem przy barze i pytam się typa o te wampiry, lekko podśmiewając się już w duchu, że ich rozgryzłem. A typ na to - ‘stary, u nas dużo jest pojebów hehehe. Wampirów zawszę się kilku kręci’. Poprosiłem go o adresy knajp, polecił mi białego konia i katakumby. Katakumby odpuściłem jak zobaczyłem stojący pod nimi tłum. Do białego konia polazłem, wpadła zaraz po mnie grupka młodych łowców z paskami zrobionymi ze srebrzystych kul. Siedział też jakiś samotny kolo przy barze - pijany mistrz - gadał pod nosem. Nikt się do niego nie zbliżał. Byłem już lekko podpity, a ci, którzy mnie znają, wiedzą, że po paru głębszych włącza mi się humorek. Podszedłem do niego ‘no i ilu złapałeś dzisiaj?’. On mega zdziwiony, oczywiście zwyzywał mnie od pijanych wariatów i kazał mi się od….ić. Ale ja się nie poddałem, ‘przecież wiem kim jesteś do cholery, ilu dzisiaj złapałeś k….a? a może jesteś już za stary i za miękki i jak widzisz wampira to uciekasz do baru z rozpaczy się zachlać’. Koleś nie wytrzymał, odwrócił się i walnął mnie tak mocno w mordę, że spadłem z tego cholernego stołka barowego! Podniosłem się, otarłem brodę z krwi i nic nie mówiąc spojżałem tylko typowi w oczy. ‘Nie wiesz o czym mówisz gówniarzu. I na dodatek nie jesteś wogóle stąd. Zmykaj z tej knajpy do swojego hoteliku jeżeli nie chcesz żadnych na prawdę nieprzyjemnych przygód.’ Odwrócił się do mnie plecami, zamówił kolejnego drinka i tylko zaśmiał się głośno pod nosem i wymamrotał do barmana ‘debil, no idiota na prawdę, myśli, że my se tu maskaradę urządziliśmy’. Wyszedłem z knajpy, poszedłem do sklepu po małą butelkę kanadyjskiej whisky. Dość wrażeń na dziś, wróciłem do hotelu.

Dzień 4 - spadam stąd, nic nie rozumiem, surrealizm i bida z nędzą

Obudziłem się, na początku nie mogłem przypomnieć sobie zbyt wiele z poprzedniej nocy, tylko bolała mnie szczęka. Dostałem w mordę. Za te cholerne wampiry! To jakaś bzdura jest po prostu! Wyciągnąłem swoje bilety i okazało się, że samolot do Toronto mam już dzisiaj. Na prawdę, jak ja jestem nie ogarnięty! Czas mi przemyka między palcami, nie ogarniam do końca takich rzeczy, jak daty, terminy, czas… No dobra, trzeba się spakować. Wyskoczyłem tylko pod prysznic, który oczywiście znajdował się na korytarzu i był cały zasyfiały. Kolo z recepcji coś się rzucał, że już za długo siedzę w hotelu, że miałem się wymeldować ze dwie godziny temu, że sprzątaczka musi wejść do pokoju… oh jeju jeju.. wielki dramat! W dziesięć minut byłem już na zewnątrz. Postanowiłem przejść się po raz ostatni ulicami Montrealu, daję sobie już spokój z tymi modnymi ulicami - czas na standardowe turystyczne dałtałn. Chińska dzielnica na szybki lunch - całkiem tanio i dobrze tutaj! Tybetański kociołek bez dna najlepszy! Potem usiadłem sobie znowu nad rzeką, ostatni browar, ostatni rzut okiem na to dziwaczne miasto. Lubię, bez kitu, na prawdę lubię takie klimaty - dużo tu się dzieje, widać że ludzie są kreatywni i jarają się fajnymi rzeczami. Ten wkręt z wampirami to też takie kolorowy surrealistyczny dodatek - na prawdę zmącił mi głowę na moment i ubarwił historię tej krótkiej podróży w mojej głowie! I podtrzymał mnie w mniemaniu, że na prawdę nie jestem do końca normalny! Hahaha. Zapytałem kelnera o godzinę - mało czasu, trzeba spadać. Fajnie tu, ale nie chcę tu utkwić, bo wydałem już prawie cały hajs. Poprosiłem o rachunek, rzuciłem parę dolarów. Dostałem ulotkę lokalu. Wróciłem do hotelu po plecak i władowałem się w ten ciasny miejski autobus. I to by było na tyle - może kiedyś ktoś mnie zaprosi do wzięcia udziału w wystawie tu, albo na rezydenturę artystyczną - było by na prawdę extra. Rzuciłem jeszcze okiem na tę ulotkę z ostatniego baru, a tam długopisem namazane było: ‘oni już o tobie wiedzą’…

You Might Also Like: