Nowa Funlandia - bliżej ziemii...

Kanada Część II - Nowa Funlandia Nowa Funlandia to przede wszystkim duża wyspa. To najbardziej wysunięty na wschód kawałek Ameryki Północnej, na którym osiedlili się pierwsi biali zdobywcy. St. John’s - stolica stanu - jest najstarszym miastem w anglojęzycznej Ameryce Północnej. Nic dziwnego więc, że mimo iż region ten jest niezbyt gęsto zamieszkały (wyspa rozmiarów Wielkiej Brytanii jest domem dla zaledwie pół miliona ludzi), jest on niesamowicie bogaty kulturowo i historycznie. O Nowej Funlandii mówi się rzadko. Słyszą o niej turyści i pracownicy ze statków wycieczkowych - każdy wielki prom wypływający z Bostonu na rejs po Atlantyku zatrzymuje się obowiązkowo w St. John’s. Słyszą też ci pracujący w przemyśle petrochemicznym - podłoże oceanu w pobliżu Nowej Funlandii jest bardzo bogate w ropę i to dzięki niej mieszkańcom powodzi się na prawdę dobrze. Ja dowiedziałam się o istnieniu tej magicznej wyspy z filmu ‘Kroniki Portowe’ i już wtedy, ponad dziesięć lat temu, postanowiłam sobie, że kiedyś ją odwiedzę.

Wylądowałam na małym lotnisku w St. John’s i pierwszym moim przystankiem w drodze do miasta była mała cukiernia, oddalona od pozostałych zabudowań o wiele kilometrów. Na ganku czerwonego drewnianego domku otoczonego sosnowym lasem wisiał sznurek ze skarpetami robionymi na drutach, na straganie wystawione były ręcznej roboty swetry, czapki, szaliki i naszyjniki. A w środku - niesamowite domowe wypieki, ciasta klasyczne i bezglutenowe, ozdobione borówkami, o których nigdy wcześniej nie słyszałam - malina moroszka, golteria rozesłana, bażyna czarna, czeremcha wirginijska oraz wiele innych, w języku polskim nie nazwanych. Jak zwykle zafascynowana nowymi smakami sięgnęłam po dwie drożdżówki z różnymi dżemami i wskoczyłam z powrotem do samochodu moich nowofunlandzkich przyjaciół. Jechaliśmy pustą drogą pośród lasów i miliona małych stawików odbijających błękit nieba, dojechaliśmy do Portugal Cove - małej kamienistej plaży z widokiem na Bell Island i z wodospadem w tle. Tutaj siedząc na skałach, wsłuchana w fale odbijające się od brzegu, i wcinając tę pyszną przekąskę z cierpko-słodkim nadzieniem z owoców golterii, poprosiłam lokalnych o rady, co do mojej kulinarnej wycieczki. Lasy Nowa Funlandia jest w dużym stopniu dzika, ponad połowa mieszkańców wyspy osiedlona jest w stolicy, a poza nią jest tylko jedna autostrada która biegnie wokół wyspy i łączy małe portowe miasteczka, z których od dawna osiedlone tam rodziny pewnie nigdy się nie wyprowadzą. Do niektórych wiosek nie ma nawet doprowadzonych dróg, a dostęp jest tylko drogą morską - bardzo ułatwiony zimą, gdy przemieszczać się można skuterami śnieżnym po skutych lodem zatokach. Z zaopatrzeniem w sklepach spożywczych jest tu zatem ciężko. Po bezpośrednie doznania wybraliśmy się na małą wycieczkę poza półwysep Avaloński, do małych wiosek przy zatoce Bonavista. Chodziłam po szlakach wędrowniczych, rozmawiałam z lokalnymi mieszkańcami, bardzo chciałam porozglądać się po sklepach, ale widziałam tylko dwa - mały sklep z minerałami, prowadzonymi przez hobbystkę - sztuka dla sztuki, bo klientów na kamienie pół szlachetne nie ma tu zbyt wiele - niezbyt często odwiedzają ją turyści. No i była stacja benzynowa z supermarketem, w którym największy był dział monopolowy, a w części spożywczej przeważały oleje, konserwy, mąka, cukier, chleb tostowy. Był też mały dział chemiczny, ale nic poza tym. Trzeba było zapytać się lokalnych mieszkańców, czym na co dzień się żywią. Mimo, iż nowofunlandczykom powodzi się bardzo dobrze, to ze względów geograficznych, są oni bardzo przywiązani do tradycyjnej kuchni, do jedzenia pochodzącego z natury. Gleby są tu bardzo płytkie więc nie rośnie tu zbyt wiele warzyw. W przydomowych ogródkach często hoduje się kapustę, jarmuż, szpinak i sadzi się drzewa owocowe. Mężczyźni w dalszym ciągu biorą aktywny udział w polowaniach. Od samego przyjazdu chodziło mi po głowie to słynne ciastko z foczych płetw, którym tak bardzo brzydził się Kevin Spacey w ‘Kronikach Portowych’ - wypytywałam w restauracjach, w sklepach, w barach i przyportowych jadalniach, i wszędzie słyszałam tę samą odpowiedz - foczyzna jest niestety nie w sezonie. Ludzie Nowej Funlandii polegają w dużej mierze na foczym mięsie. Jest tu co prawda sporo Łosiów i Reniferów, których mięso stanowi dużą część diety, jednak focze mięso podobno ma niezastąpione wartości odżywcze. Po długich poszukiwaniach, trafiłam na mały supermarket ze świetną sekcją domowej roboty mrożonek - były i płetwy focze i to słynne ciasto, kupiłam też kiełbasy z renifera i pieróg z mięsem łosia. Po powrocie do domu odgrzałam smakołyki i po małej degustacji doszłam do wniosku, że foczyzna nie jest jednak delikatesowym przysmakiem rzędu pasztetu z gęsich wątróbek. Po to czarne w kolorze mięso, w teksturze zbliżone do wątroby, a w smaku łączące dziczyznę z mocnym smakiem rybim, muszą sięgać ludzie chyba na prawdę zdesperowani. Z łosiem i reniferem było trochę lepiej, jednak postanowiłam wybrać się na kolejną wędrówkę i przyjrzeć się bliżej lokalnym jagodom.

Na dwudniową wędrówkę wybrałam szlak wzdłuż wschodniego wybrzeża. Po drodze napotykałam innych wędrowników, z wiadrami na plecach i profesjonalnymi kijkami do nordic walking - zbieranie jagód to tu niemalże sport narodowy. Na malinę moroszkę było już trochę za późno, ale borówek amerykańskich było zatrzęsienie - nigdy w życiu nie widziałam tak obfitych krzaków. Było też bardzo dużo czeremhy, jeżyn, bażyny, owoców jałowca na karłowatych krzewach oraz dopiero dojrzewającej żurawiny.

Wody Nie zapominajmy, że Nowa Funlandia to przede wszystkim wyspa i jej mieszkańcy połączeni są nierozerwalnymi więzami z oceanem. W każdym porcie stoją kutry, każda szanująca się rodzina ma co najmniej jedną łódkę - dla większości ludzi poza miastem łódź jest często ważniejsza niż samochód. Przez ocean przybyli tu pierwsi biali osadnicy, dzięki oceanowi przeżyli i też w dzisiejszych czasach nie potrafią bez niego żyć. Aż do 1991 głównym przemysłem na wyspie był połów dorszy. Jednak ze względu na globalne zagrożenie gatunku, przemysł został zlikwidowany a połów znacznie ograniczony. Dzisiejszy limit to 15 ryb na łódkę dziennie. Gdy tylko moi nowofunlandzcy przyjaciele zaproponowali jednodniowy wypad na dorsze, bez zawahania złapałam swój anorak i ruszyliśmy do Petty Harbour. W zatoce stało wiele kutrów, co tak na dobrą sprawę nie jest dobrym znakiem - wszystkie przecież powinny być na wodzie z zrzuconymi sieciami. Wskoczyliśmy na łajbę zaopatrzeni w drewniane ramki z nawinętymi na nie grubymi żyłkami zakończonymi wielkimi hakami. Pan Kapitan włączył sondę i szybko odanleźliśmy ławicę. Zrzuciliśmy kotwicę, na haczyki założyliśmy kalmary i siup do wody. Ryby brały jak szalone, 15 sztuk wyciągnęliśmy w niespełna 20 minut! I najmniejsza ze sztuk miała co najmniej 50 cm. Zabraliśmy się spowrotem do portu, rybacy szybko oprawili dla nas ryby, oddzielili języki dorszy - największy lokalny przysmak i zaprosili na połów za rok. Oprócz dorszy jest tu wiele innych wspaniałych ryb, wielkim przysmakiem są tu też owoce morza. Kraby i homary, których jest tu zatrzęsienie, są też przegrzebki, krewetki i langustyny. W tak zimnych wodach jakość skorupiaków jest wyborna! Na ich degustacje wybraliśmy lokalne restauracje, sklepy i targ w stolicy.

St. John’s W St. John’s są tak na prawdę tylko dwa duże supermarkety, wszystkie inne są już poza granicami centrum miasta - czyli na prawdę daleko. W supermarkecie można kupić prawie wszystko, ale jest tu drogo. Tanie są tylko żywe homary w akwarium i stoisko z rybami, no i wszelkie dobra w puszkach czy proszkach. Znaleźć tu można takie cuda, jak fasolka z wieprzowiną w sosie klonowym, czy wekowane mięso łosia w solance. Restauracji jest jednak w tym mieście fantastyczny wybór.

W najnowszym rankingu najlepszych restauracji w Kanadzie, numer 1 i numer 11 zajmują restauracje z St. John’s. Mallard Cottage, numer 11 w rankingu - jest tak na prawdę małą chatką w zatoce Quidi Vidi. Budynek wpisany na listę dziedzictwa narodowego Kanady jako jeden z najstarszych drewnianych budynków w Ameryce Północnej, przez dekady należał do rodziny Malladrów, którzy zajmowali się rybołóstwem. W 2011 chatę kupił pasjonujący się lokalną kuchnią Todd Perrin, przeprowadził generalny remont i tchnął w nią drugie życie. Największą pasją Perrina jest jedzenie zrodzone przez ziemię Nowofunlandzką i tą miłość przenosi on na menu, które zmienia co dziennie. Styl gotowania Perrina jest prosty, oparty na korzeniach nowofunlandzkich. Fascynuje się on dziczyzną, rybami i owocami morza.

Ja odwiedziłam Mallard Cottage w czasie niedzielnego brunchu. Na początek podano mi świeży sok z marchewki wymieszany z szampanem - dość oryginalne, aczkolwiek wyśmienite połączenie. Na środku chaty stał ogromny stół suto zastawiony domowymi ciastami. Na menu wiele pozycji śniadaniowych - jajka z duszoną wieprzowiną, jajka na jagnięcym burgerze z chrupiącym ciastkiem serowym, parę dań mięsnych. Wszystko podane w bardzo rustykalnym stylu. Na kolację oferta chaty jest nieco bogatsza, więcej do wyboru ryb i mięs - ale za każdym razem jest to niespodzianka, po internecie krąży wiele zdjęć tego słynnego ręcznie pisanego menu - jedno z rekinem podawanym na fasoli i pomidorach, inne z polędwicą foczą. Todd Perrin nie za bardzo lubi się powtarzać. Siedząc przy stole niedaleko od wyjścia na ogród przyuważyłam, że na kolację szykuje się coś wyjątkowego - trzy osoby rozpalały wielki ruszt w ogrodzie, jedna osoba co chwilę donosiła świeże zioła i różnego rodzaju gałązki, które kładli przy ruszcie. Zapytałam się, co przygotowują - ale odpowiedź była bardzo enigmatyczna - wieczorem odbywała się prywatna impreza, o której obsługa nie chciała za bardzo mówić. Zarezerwowałam też stolik w najlepszej kanadyjskiej restauracji - Raymond’s - ale trzeba było na kolację poczekać parę dni. W międzyczasie postanowiłam odkryć lokalne perełki. Na pierwszy ogień jednak poszła najstarsza w mieście restauracja z rybą i frytkami - otworzoną w 1951 jadalnie u Chessa. Chess wstawał co dzień wcześnie rano, wypływał łódką na łowy, wracał po południu - oprawiał i przygotowywłał ryby, a wieczorem podawał je w swojej małej jadalni.

W ciągu ostatnich sześćdziesięciu lat, imperium Chessa rozrosło się trochę, i dzisiaj pod tą samą nazwą działa 7 restauracji na terenie całej Nowej Funlandii. Jego główny lokal w St. John’s ma dwie części - fastfoodową i restauracyjną. Na menu - klasyczne języki dorszy, zupa kremowa z mięczaków jadalnych, oraz szeroki wachlarz różnorakich ryb smarzonych klasycznie na głębokim oleju, kurczaki i burgery. Ja wybrałam zestaw Chessa - kawałki dorsza, krewetki i przegrzebki, podane w koszyku wyściełanym gazetą. Na stole przyprawy - sól cytrynowa, ocet słodowy, ketchup i sos tatarski. Danie ugotowane w prosty sposób - jednak ryba i przegrzebki rozpłynęły się po prostu w ustach, a krewetki wspaniale soczyste i pełne smaku. Na deser zamówiłam tylko herbatę z owocu maliny moroszki.

Następnym odkryciem była kolejna mała chata, tym razem niepozornie wciśnięta pomiędzy rybackie domy w Petty Harbour. Przyjechałam nieco przed 12, a już pod restauracją ustawiona była kolejka. Jak tylko otworzyły się drzwi, ludzie grzecznie ustawili się w kolejce czekając na stolik. Przy ladzie recepcji, gdzie trzeba było się grzecznie zameldować, stała półka z tradycyjnymi dżemami z lokalnych jagód i borówek, kilka książek z lokalnymi historiami o duchach, i lokalne gazety. Menu w ‘Chef’s Landing Eatery’ jest bardzo lokalne i całkowicie odzwierciedla to, czym żyje cała zatoka, czyli efektem codziennych połowów. Ryby i owoce morza podane są tu na setki sposobów, od klasycznego smażenia we fryturze, po przez duszone w sosie, gotowane na parze, podane w zupie, cieście, zapiekane, aż po surowe. Ja tym razem skusiłam się na kolejne proste danie - bułkę z krabem i homarem. Niby nic w tym specjalnego, ale nie bez przyczyny ta kanapka stała się jedną z najsłynniejszych kanapek świata, która dziś podawana jest w różnych wariacjach przez najznakomitszych szefów świata. A nie ma w niej nic skomplikowanego, kluczem do perfekcji jest tu po prostu jakość chleba oraz świeżość krabów (a przecież każdy miłośnik owoców morza wie, że Kanadyjskie wody są domem dla najlepszych krabów świata - krabów królewskich i nowofunlandzkich krabów śnieżnych) i homarów - muszą one być złowione tego samego dnia i przybrane delikatnym domowej roboty majonezem, przygotowanym wnet przed otwarciem restauracji. Na wykończenie o drobina soli, pieprzu i kilka kropel soku z cytryny - niebo w gębie!

Nadszedł w końcu długo oczekiwany dzień kolacji w Raymond’s. W porze lunchu jednak zdecydowałam się odwiedzić lokalny targ rolniczy. Nie spodziewałam się niczego wielkiego, rolnictwa przecież tu w zasadzie nie ma. Dokoła małego budynku porozstawiane były małe straganiki - na kilku z nich mały wybór ekologicznych warzyw, na innych - domowej roboty przetwory. Jeden ze straganów przykuł moją szczególną uwagę - na stole przykrytym obrusem w kratę wystawione były małe słoiczki z solą. Podeszłam do uśmiechniętego sprzedawcy i zapytałam, się czy sól jest lokalna. Od razu opowiedział mi historię swojej małej firmy - swoją sól morską pozyskuje odparowując wodę oceaniczną. Jego sól jest organiczna, nieczyszczona. Ma też wersję wędzoną dymem z lokalnego jałowca karłowatego, który sam zbiera na długich spacerach. Co za pasja! - pomyślałam. Intuicyjnie zapytałam się gdzie znajduje się produkcja, na co uśmiechnięty pan odpowiedział szybko - ‘W mojej kuchni! Jestem zastępcą szefa kuchni w jednej z lokalnych restauracji i produkcją soli zajmuję się po pracy’. Następne pytanie nasuwa się samo - w której restauracji? I oczywiście okazał się nią Raymond’s a ten tak zafascynowany lokalnymi produktami kucharz to Peter Burt, zastępca Jeremy’ego Charles’a - właściciela Raymond’s. Peter bardzo ucieszył się słysząc, że będę w restauracji wieczorem. W budynku targowiska były stragany z gotowymi daniami lokalnymi, parę stanowisk z książkami kucharskimi, kilka osób sprzedawało też robótki ręczne. Wieczorem powitano mnie w Raymond’s jak VIP. Peter nie pozwolił mi nawet na wybór dań, tylko od razu uraczył pełnym menu degustacyjnym - co to była za uczta! Na przekąskę podał lokalną ostrygę i małą kiełbaskę z łosia na ogromnym plastrze lokalnej sosny. Pierwszą przystawką był tuńczyk niebieskopłetwy łowiony z odnawialnych źródeł - podany jak w najwyższej klasie restauracji sushi - dwa plasterki z tego samego filetu - jeden bardzo tłusty i jeden chudy. Warto tu dodać, że na menu restauracji wszystkie dania rybne i z owoców morza oznakowane są jako pochodzące z odnawialnych źródeł i polecane przez Akwarium w Vancouver jako przyjazne oceanom. Skosztowaliśmy też pasty z ragout z zająca, lokalnego bażanta, danie z lokalnej wieprzowiny i wspaniały deser - lody z korzenia pietruszki. Lista win w Raymond’s też była oryginalna z wieloma lokalnymi pozycjami, dzięki czemu poszerzyłam swoje sommelierskie horyzonty o nowe smaki wyciśnięte z winogron kanadyjskich. Na koniec, Peter wyszedł jeszcze na moment z kuchni, żeby się upewnić, że wszystko mi smakowało. Co za wspaniałe doświadczenie! Restauracja rzeczywiście na światowym poziomie, szkoda tylko, że inspektorzy żadnych z liczących się na świecie przewodników kulinarnych rzadko zaglądają w te strony!

Najczystsza woda na świecie i wyborne alkohole

Mój czas na Nowej Funlandii dobiegał końca, ale nie mogłam wyjechać stąd bez wycieczki po jednym z najciekawszych mini browarów świata! W małej zatoczce Quidi Vidi, niedaleko Mallard Cottage, w budynku po od lat nie czynnej sortowni dorsza, mieści się browar ‘Quidi Vidi’. Założony został przez studentów wyrzuconych którzy bardzo lubili swoje piwo, ale nie mieli na nie kasy. Zaczęli najpierw warzyć piwo we własnych pokojach, dzielić się nim z kolegami. Po woli produkcja się rozrastała, aż w końcu zostali największym lokalnym producentem piwa w NF. ‘Quidi Vidi’ jest teraz najpopularniejszym lokalnym producentem piwa, mają w swojej ofercie piwo lekkie, miodowe, kilka rodzajów ‘ale’. Ich najbardziej wyjątkowym produktem jest bez wątpienia jasne piwo “Iceberg’. Produkt ten wygrał wiele międzynarodowych konkursów i medali. Gdyby tylko panowie z Quidi Vidi chcieli, z lekkością podbili by świat tym jednym produktem. Zupełnie świadomie jednak wybierają ograniczoną produkcję i swój mały browar, którego wystarcza ledwie dla mieszkańców wyspy. Swój wyjątkowy smak i charakter piwo to zawdzięcza jednemu - wodzie! Góry lodowe nierzadko mają tysiące lat a woda z nich wytopiona jest najczystszą i najwyższej jakości wodą na Ziemii. Dawniej wykorzystywali wpływające do zatoki małe góry lodowe. Szybko jednak lokalny rząd wprowadził zakaz wydobywania z wody gór wpływających w zatoki i unoszących się na wodach wokół St. John’s - to one przecież przyciągają do miasta tak wielu turystów wiosną. Właściwości wody lodowcowej rozpowszechniły się znacznie szerzej - zapotrzebowanie wzrosło. W St. John’s otworzono destylarnię, w której zaczęto produkować wódkę, rum i gin. Pojawił się też producent wina na bazie wody lodowcowej i lokalnych jagód. Właściciele tych trzech firm szybko doszli do porozumienia i teraz co roku organizują polowanie na góry lodowe. Wczesną wiosną wysyłają specjalne kutry na północ. Gdy załoga natknie się na piękny okaz góry lodowej, strzelają do niej by odkruszyć spory kawałek. Za pomocą lin z hakami holują ten kawałek w okolice St. John’s i topią na wodę, z której później powstaną wyjątkowe trunki. Jakość tych alkoholi zachwyciła nawet amerykańskiego aktora Dana Ackroyd’a, który swoją wódkę Crystal Skull produkuje właśnie w dystylerni St. John’s. Próbowałam się z nimi skontaktować, ale oni niestety nie wpuszczają na teren nikogo spoza ścisłego grona pracowników. Wizyta w browarze ‘Quidi Vidi’ wystarczyła ponad miarę! Byłam jedyną oprowadzaną po browarze osobą, więc piwem ugoszczono mnie po królewsku. Wychodząc na miękkich już nogach, pożegnałam się z młodymi, bardzo entuzjastycznymi pracownikami browaru i spacerkiem przez pola wróciłam do domu przyjaciół. Tym jakże mocnym akcentem zakończyłam swoją kulinarną wycieczkę po Nowej Funlandii. Spędziłam tu niemalże dwa tygodnie - miasto, wioski, zatoczki i małe porty, opustoszałe szlaki turystyczne i wzburzone wody oceanu. Nowa Funlandia jest surowa i piękna, tak jak wszystkie odnalezione tu smaki - wyraźna i wyjątkowa, tak bardzo naturalna i pięknie inspirująca!

You Might Also Like:
masaai
lake nakuru
kili chmura big2
drzewo nakuru
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
01 klony 3
ognisko i kili
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
ognisko i kili
ABOUT ME

Anemonkey is an eighties child who loves people, can't live without travels, is passionate about all food and drinks and people who make them. She never leaves home without a camera. Then she writes about what she's seen, touched and tasted. 

Read More

 

Search by Tags

2016 by Anemona Knut