6 październik 2016

wrzesień wrzesień - worek przeżyć niesie, no i trochę mnie przewrześniał… znaczy się przedrzeźniał, śmiał się ze mnie, a ja śmiałam się razem z nim, bo już obce mi są chwilę, gdy czyjś ze mnie śmiech mnie dotyka, o mnie się ociera czy mnie boli. Jestem szczęśliwa, choć tak mało mam dla siebie czasu, tego takiego tylko swojego. Obiecałam, że nie będę o niej pisać, ale swędzi mnie tak okropnie koniuszek wskazującego palca, wyrywającego się do słowa POGODA na klawiaturze, więc jadę - lato się skończyło z bardzo ciepłym, pięknym słonecznym przytupem. I już trzeba sprawdzać co dzień, czy oby w nocy nie będzie padać - bo jak tak, to trzeba dylać na balkon po pranie. Już wróciła do nas też z wakacji wielka szara chmura i nie opuści nieboskłonu aż do następnego lata - skubana lubi się bawić w Boga, a przecież to tylko chmura! Rok szkolny też już się zaczął, więc nasi mali sąsiedzi odwiedzają nas teraz tylko w weekendy. Wiem, mówiłam o nich już parę razy, ale pora ich wam trochę przybliżyć. Pierwszy był Kamali, który mieszka na przeciwko, jest niepokorny i ciekawski i uwielbia wtykać nos we wszystkie sprawy, on też zajarał się jak to dziecko naszą słodką psiną. Za nim przyszli Niron i Darnell - bracia, siostrzeńcy Kamaliego. Gwoli ścisłości - Kamali ma dziewięć lat i jest wujkiem Darnella, od którego jest dwa tygodnie starszy. Ach te karaibskie rodziny, no i ci faceci - istne ogiery z Indii zachodnich. Porządna Jamajska rodzina to matka z małą gromadką dzieci i ogromnym temperamentem, i wyluzowany roześmiany ojciec niby wirgiliusz, który kocha dzieci swoje i ma ich wszystkich prawdziwe roje. Mówiłam wam już, że pracowałam kiedyś z chłopakiem z St. Lucia, który ma 41 braci i sióstr? Argument potwierdzający ukryty sens stereotypów. Z chłopakami chodzimy na spacery do parku, poza park, tylko z wózkiem, nawet już bez psa. Hipsterki u nas co raz więcej, co raz też częściej trafiają się sceny, gdzie modnie ubrana młodzież brudzi sobie brody pianą z minibrowarnego piwa siedząc na byle jakich ławkach porozkładanych przed rustykalnym straganem, a na chodniku tuż przed nimi policja zakuwa w kajdanki starego rastamana. W tle leci Reggae. Zgarnęli też niedawno pracowników organizacji charytatywnej pomagającej czarnej młodzieży, którzy zbierali fundusze pod stacją metra. Przypadkiem wbiłam się na protest pod komendą - setki ludzi odświętnie poubieranych, rasta grający na bębnach, tańczące panienki i prawie piknik. Są jednak jeszcze miejsca na BRXTN, gdzie ludzie zaciągają się duchem swoich korzeni. Najbardziej stojąc w kolejce do kasy w Nationwide - co to jest za bank! Taki odpowiednik tego małego lokalnego autobusu P5. Białych nie ma prawie w ogóle, a kolejka to cud miód - wymiana przeżyć, zdań i poglądów, czasem nawet argumentów. Rarytasik. Dużo też czasu spędzam w domu rzecz oczywista, nogami bujając kołyski, rękami śmigając po klawiaturze lub skręcając włóczkę za pomocą szydełka w małe czapki, oczami wlepiając się w ekran, mózgiem chłonąc filmy jeden za drugim, sercem - to chyba wiecie gdzie jestem. Mam małe centrum dowodzenia od którego wstaję rzadko, a jak już się uda to wszystko wydaje się wytrącać mnie z rytmu, a najbardziej te małe sznurki mrówek faraonek - ale niech se żyją póki co. Tycjan przyjeżdża za tydzień i to będzie ich smutny koniec. Czasem gdy się zawieszę, zamrę w bezruchu zapatrzona w okno, i wsłucham się w mojego Daimona to mam ubaw po pachy, bo borykają mnie tak trywialne ludzkie dylematy! Chowam na przykład rzeczy w bezpieczne miejsca a potem nie ma po nich śladu, tak jakbym znała miejsca wszystkich tych mini portali w inny wymiar i celowo wrzucała tam rzeczy - słuchawki, ubrania, pieniądze… Irytuje mnie nasze akwarium - zdechła moja ulubiona ryba, wojownik bez ogona, no i już nie mam argumentu na obalenie teorii doboru naturalnego, inne ryby zachorowały na jakąś chorobę ości, czy jak tam się nazywa rybi kręgosłup, i pływają nam w tę i spowrotem rybi inwalidzi. Rozbawiła mnie też firma ekologiczna, w której kupuję całą chemię domową - przysłali nam karton wypchany butelkami, i sprytnie wypełnili go ochronnym nie styropianem - nie papierem - a kukurydzianymi prażynkami typu Felix. Heheh - dacie wiarę? Żeby trochę odświeżyć sobie tę trywiami wypełnioną głowę teściowa dała mi na fryzjera. Super - nie byłam od piętnastu lat i zdanie o fryzjerach mam dosyć złe, jeszcze nikt nigdy mi nic nie zrobił fajnego z włosami. Usiadłam w fotelu i pan Jose zaczął gadkę szmatkę, zrobił mi jakiś futurystyczny myk na głowie z alufolii, wydał tysiąc instrukcji swojemu pomocnikowi, który ubrany w szarawary, z wielkim złotym kółkiem w uch przedstawił się jako dżin z lampy. Trzy godziny później i wyglądałam jak topielec z jeziorka czerniakowskiego z włosami już lekko podgnitymi o glonowo-zielono-niebieskim odblasku. Nie złożyłam skargi, nie zrobiłam awantury. Po raz kolejny utwierdziłam się w moim poglądzie, że fryzjerzy to ściemniacze i partacze, poszłam do domu. Poprawka u mamy Kamaliego w niedzielę. Jej ufam - kobieta ma w domu suszarkę hełm na patyku, w swoim salonie na przeciwko telewizora, nad swoim ukochanym fotelem. No i pod koniec mojego regularnego sprawozdania należy się jeszcze słów parę na temat kwadratu. Sklep Shahida niedługo otwarty będzie jako butik z pamiątkmi afrykańskimi. Ostatnio chodzę też często do lokalnej apteki i już wiem, kim są lokalni heroiniści, przychodzą co dziennie po kubeczek morfinowej herbatki - sposób angoli na odwyk. Ostatnio w obszczyparku przyuważyłam kolesia od warsztatu rowerowego z wielkim pudłem. Musiałam się bardzo wymownie na niego patrzeć bo od razu się zaczął tłumaczyć. ‘Nie dałem rady go zabić… musiałem go wypuścić’ - ale kogo - pytam się. ‘No szczur, wiesz, zaczął na prawdę nam rozrabiać, więc kupiłem klatkę pułapkę na amazonie, żeby go potem tu wypuścić’. A skąd masz pewność, że nie wróci? Szczury są inteligentne. ‘Nie pierwsza mi na to zwracasz uwagę, ale na to też znalazłem sposób! Maluję im ogony na różne kolory!’ Może kiedyś napiszę opowiadanie o szczurach z kolorowymi ogonami na Loughborough Junction… Poza tym nic nowego, polscy bezdomni zachowują się co raz gorzej - ostatnio podpalili nam pomost i ławki w obszczyparku, nikt tego nie naprawił, tylko zabezpieczył dyktą - no i wygląda ten obszczypark co raz gorzej. Pan K się kręci znowu po osiedlu, usyfiony farbą - znaczy, że ma robotę. Jest też dużo weselszy, i on i jego pies.

You Might Also Like:
masaai
lake nakuru
kili chmura big2
drzewo nakuru
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
01 klony 3
ognisko i kili
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
ognisko i kili
ABOUT ME

Anemonkey is an eighties child who loves people, can't live without travels, is passionate about all food and drinks and people who make them. She never leaves home without a camera. Then she writes about what she's seen, touched and tasted. 

Read More

 

Search by Tags

2016 by Anemona Knut