29 listopada 2016

Notatka kolejna, tu niepełna ale jak zawsze oddana i też jak zwykle nie do końca przemyślana. Już po kolejnych wakacjach, po kolejnych urodzinach, ale jeszcze nie po wszystkim w tym roku. Nie odzywałam się, bo postawiłam sobie tak wysokie poprzeczki, że nawet najwyższe moje wyskoki okazały się jednak zbyt niskie na bezbłędne ich pokonanie. No i w tym wszystkim zabrakło trochę czasu na notatkowanie. Ostatnie miesiące spędziłam planując a potem wprowadzając w życie kolejne pomysły, a w między czasie żonglując smoczkami, butelkami i pchając wózek w różne ciekawe miejsca. O chłopcach tylko trochę, na szybciocha - rosną, mają się dobrze. Nie wiem jak w Polsce, ale tutaj tylko dzieci ważą, nie mierzą ich wzrostu, i porównują wagę z przeciętną wagą wszystkich dzieci świata. No i Franek, który jak aniołek tylko się uśmiecha, śpi i je, jest już wielki jak dzieci Polinezyjczyków czy Maorysów a Hugo, który spala wszystkie mleczne kalorie na darciu mordy, jest gdzieś pomiędzy Japończykami a Pigmejami. W domostwie nastąpiła też mała zmiana bo zdechła nam nasza największa ryba, którą nazwaliśmy imieniem jednego wspólnego większości polskiej ekipy znajomego. Ze względu na ochronę danych osobistych i szacunek do wyśmienitych momentów spędzonych razem z jegomościem, wstrzymam się od nazwania tej ryby po imieniu, dodam tylko, że przydomek dostała dzięki swoim tendencjom samobójczym. No i w akwarium mamy teraz nową szkółkę neonek. Nic się jednak nie zmieniło w moim najbliższym otoczeniu, chyba tylko to, że już totalnie po lecie. Ten krzak, co w lecie obrodził jeżynami, ostatnio obdarzył mnie torbą pełną jędrnych owoców dzikiej róży, no i już zasypane cukrem puszczają soki w wielkiej butelce po winie. Niedługo zaleję spirytusem. Zimowe sposoby na stres. A spacery sposobem na powrót do formy. Podobno biegając spala się cztery razy tyle kalorii ile chodząc… wybaczcie, ale ja na prawdę wolę pójść na czterogodzinny spacer niż godzinę biegać. Co raz częściej się więc zdarza, że zabieram chłopaków lub psa i wyruszam, do centrum, na południe czy na wschód. I wracając do domu zawsze się dziwię, że barak pod mostem kolejowym pachnie jak wytwórnia organicznych bombek kąpielowych, za których luksusem trochę tęsknię, bo od dawna sobie ich odmawiam. Co raz bardziej też wkurzam się na ogrom trywialnych domowych obowiązków przeciętnych kur, co świadczy o tym, że chyba nigdy nie nauczę się jak pożądna kura odpowiednio gdakać i po kurniku skakać. A już najabrdziej działa mi na nerwy tracenie czasu na bzdury typu - wybierz nową suszarkę do prania ze 100 modeli w Argosie, albo dzwoń co dziennie do gminy i walcz jak gladiator na arenie za pomocą wokalnych oręży tylko o to, by lokatorów w mieszkaniu numer dwa w końcu nawiedził hydraulik i poprzykręcał piszczące zawory w kaloryferach. Dramat! Wolę siedzieć w domu i oglądać dokumenty o czarnych Brytyjczykach - BBC ma nową strategię i w ramach lepszej reprezentacji wszystkich obywateli Zjednoczonego Królestwa, zaczyna inwestować w promowanie kultur mniejszości narodowych. Póki co robią świetną robotę i produkują bardzo dogłębne i rzetelne filmy o reggae, ska, skinheadach, historii Brixton czy rozwoju czarnej muzyki w UK. Dobre rzeczy. Ale przecież nie siedzieliśmy cały czas w domu. W październiku zabraliśmy chłopaków na pierwsze wakacje, a w związku z tym, że planujemy dłuższą i dalszą podróż już na luty, to chcieliśmy by ta pierwsza przygoda odbyła się w warunkach niezbyt luksusowych, ale też nie daleko od domu. I polecieliśmy do Macedonii. I było pięknie i miło. Jedzenie dobre i tanie, wino jeszcze lepsze, kraj cudowny - cały górzysty, wszyscy żyją blisko natury. Nawet stolica ma park narodowy u granic miasta. Ludzie ceniący przyrodę i żyjący w zgodzie z nią. Jedzenie takie bezpretensjonalnie czyste, aż tęskno za czymś tak prawdziwie prostym a jakże autentycznym. Niestety też, dzisiejszy poziom życia w Macedonii potwierdza tylko, że kapitalizm nie wszystkim służy. Chodząc po ulicach widać gołym okiem, że lata świetności były za Jugosławii i Tito. A ludzie są piękni i szczerzy. No i dodam tym sceptykom, co są za tym by dzieci chować w domu, udała nam się ta podróż. Nawet pojechaliśmy bez wózka. Wszyscy nam się dziwili, często byliśmy większą sensacją dla lokalnych niż oni dla nas, i często też słyszeliśmy, że z takimi brzdącami to się nie powinno jeździć. Nie będę się kłócić, zbyt bardzo przesiąkłam już kulturą męża - nie wiem tylko, czy to poprawność polityczna (Boże uchowaj!) trzyma mi gębę na kłódkę, szacunek do innych poglądów czy po prostu ta zwyczajna angielska grzeczność. Ale podkreślę, że podróże dają radę, i w cale nie jest ciężej niż każdy dzień z dziećmi w domu. Byliśmy też po raz kolejny z całą rodziną nad wybrzeżem, bo przecież w UK zawsze się jest max 100 km od morza. I tam też dało radę. Długie spacery po piaszczystych plażach pod wapiennymi klifami, świeże owoce morza, trochę wina. Te dwa wyjazdy i oczyszczona dusza z tego wszystkiego, od czego w Londynie uciec się nie da. Kolejne pogłoski o tym, czy ten cały rozwód z Unią nastąpi czy nie, wynik wyborów u mocarzy po drugiej stronie Atlantyku, wojna, bomby, sieroty, gwiazdy, idioci i dlaczego następny sezon telewizyjnego konkursu dla cukierników amatorów już nigdy nie będzie taki sam. Bełkot i szum, który w głowie mąci. Dzięki Bogu nie mamy telewizora. Komputer nie lepszy jednak, Jerome cały czas mi wytyka, że jestem mocno uzależniona. Chyba tak, zwłaszcza odkąd podjęłam się próby z tym własnym blogiem co o nim straszę od dawna, czego skutek widzicie teraz, skoro to czytacie. A skoro dotarliście aż tak daleko w czytaniu tej dzisiejszej notatki - proszę was o szczere uwagi co do bloga, bo praca w powijakach a dobre rady zawsze w cenie. Pozdrawiam. Za dwa tygodnie Warszawa.

You Might Also Like: