31 stycznia 2017

Jest wieczór i jest mi błogo. W pełni zrelaksowana rozkoszuję się widokiem śpiących domowników i tak myślę sobie, że wypadało by tę chwilę uczcić kolejnym zapiskiem z minionych dni. Od ponad miesiąca siedziałam jak na szpilach, często trochę podkurwiona, często przemęczona i zaganiana, ale przeszło. Zaczęło się od Warszawy w grudniu i było świetnie. Wyborne posiłki we wspaniałym towarzystwie, długie spacery i spokojne wieczory w domu, jak za starych dobrych lat. Trochę wódki, trochę śledzia, mnóstwo tataru, wycieczki od bazaru do bazaru i lista rzemieślników do ogarnięcia. U nas jednak jeszcze znajdzie się w jakiejś piwnicy jakiegoś szarego starego bloku takiego pana, co może czasami lubi sobie chlapnąć, ale jak trzeba to i skórzaną sukienkę znanego projektanta, co na dupie pękła, pozszywa nie do poznaki za grosze. Skórzany pasek od torebki dorobi na zamówienie za 50 zeta, buty poskleja… bo w Londynie to już się rzeczy nie naprawia. Speców jest jak na lekarstwo i liczą srogo za każdą usługę, a rzemiosło na poziomie to już tylko dla bogaczy. Były piękne spotkania i ta radość, że tyle przyjaźni w dalszym ciągu żyje i ma się dobrze aż po tylu latach. I tylko trochę smutku, że jednak często im starsi jesteśmy tym głupsi i zamiast pielęgnować nasze relacje, to obrażamy się za głupoty i palimy już nie jointy tylko mosty… ale takie życie. Święta były piękne, po raz pierwszy trochę inaczej, bo po naszemu i na naszą modłę. Ale trzeba było dupę załadować do RyanAira i wracać do domu. A tutaj wszystko po woli idzie do przodu. Zmian jest mało bardzo małych, które jednak złożą się kiedyś zupełnie inną przyszłość. Cały czas zabieram sąsiadów na spacery z bliźniakami i psem do parku. Kamarley ostatnio próbuje mnie przekonać, że ziemia jest płaska, i księżyc też. Ale księżyc żadko widać ostatnimi czasy, przez te sławetne mgły, które są prawie tak intensywne jak za królowej Wiktorii, choć z dużo większą proporcją kropel wody do smogu. My śpimy co raz lepiej, bo chłopcy też już lubią sobie pospać w nocy, jednak jak już się obudzą, to zawsze w samym środku mojej fazy REM. I potem chodzę cały dzień z głową w chmurach dociekając znaczeń tych wszystkich dziwnych snów. Spadające samoloty, jakieś odległe krainy, dziwni ludzie i niespotykane stwory. Z chłopakami mam już stały plan zajęć - muzyka, religie świata, literatura polska, odżywianie, zajęcia fizyczne, psia tresura, zajęcia socjalne z lokalesami w parku, no i najbardziej ulubione - historia filmu animowanego. Każdy dzień zaczynamy od seansu. Póki co jedziemy Disney’a od początku, potem będzie kolej na studio Ghibli. Chłopaki uwielbiają kolorowe ruszające się obrazki na ścianie, a ja mogę się dospać. Wróciliśmy po świętach, ale światełka nadal wisiały na latarniach Brixton - po raz pierwszy odkąd tu mieszkam przybrano ulice. Widać kasy w gminie co raz więcej. Słynny od ponad 30 lat sklep z dywanami, na którego tle przemawiał w latach 80. Nelson Mandela, jest już zakryty drogim konstrukcyjnym parawanem, na którego błyszczącym lakierowanym płaszczyku poprzyklejane są nazwy nowych, lepszych lokali, oraz puste hasła krzyczące, że właściciele będą wspierać zakorzenionych brixtończyków i dbać o charakter dzielnicy. Idę dalej, przyglądam się starym kątom znowu od nowa, tym razem dostrzegłam krasnoludkowe tory w krzakach Brockwell parku i okazało się, że latem raz na jakiś czas kursuje tam najmniejsza kolejka wąskotorowa w Europie. Weszłam też w końcu do naszej biblioteki archiwalnej, która jednak pozostanie otwarta, i poczytałam trochę więcej o dzielnicy. Kupiłam też cienki przewodnik, trasy spacerowe z komentarzem. Nasz mały obszczypark opisany jest jako urokliwe i romantyczne miejsce - zapomnieli dodać, że raczej strach znaleźć się tam po zmroku. I a propos obszczyparku - spotkałam pana K znowu, i znowu miał dwie piz…y pod oczami, mówił, że hycle już trzy razy mu wilczura zgarniali i za każdym razem musi go wykupywać za co raz większą kasę. Znowu coś tam słabo z chatą… ciężka sprawa. Ciężkim przypadkiem jest też pewien stary rock and rollowiec, co mieszka na rogu za mostem. Jeździ sportową rozklekotaną niebieską furą z czarnym paskiem biegnącym przez środek maski i dachu. Na plecach ma gitarę, a na głowie włosów parę, ale długich, owiewających wymownie wyłysiały jej czubek. Mordę drze w niebogłosy zawsze, klnie jak szewc, robi zadymy tam gdzie stoi. A drzwi do domu ma pomalowane na oczojebny pomarańczowy, dorośli się go boją a dzieci się z niego śmieją. I tak drepcząc w kółko zastał mnie najpierw nasz, potem chiński nowy rok. Ten nasz spędziłam sama w salonie u teściów, popijając czerwone wino. Po raz pierwszy od dawna nie stałam z kieliszkiem szampana w naszym najdroższym apartamencie hotelowym, wpatrzona w okno wyczekując fajerwerków, ale oglądając na przemian jakiś marny film i galę noworoczną prowadzoną przez zdziadziałego Robbiego Williamsa prowadzonego na białych skrzydłach kolumbijskiej bogini tutaj zwanej Charlim. Przed samą północą przeskoczyłam też na chwilę na ‘miss świata’ by zobaczyć finałową piątkę - dwie azjatki, dwie murzynki i jedna latynoska, dwie co najmniej już pocięte skalpelem. Chiński nowy rok za to przeniósł mnie w czasie do tego ostatniego ‘nowego roku Koguta’, który obchodziłam w podróży pomiędzy Guangzhou a Xia-Men, z finałem na plaży w dzień tak pochmurny, że z tych niby wspaniałych fajerwerków chińskich na prawdę nie było widać nic. I jaki był ten miniony rok? Dla wielu ciężki, czas leci nieubłaganie ale świat się nie zmienia na lepsze. Okazuje się, że tak mozolna praca nad wydłużeniem życia ludzkiego idzie na marne. Średnia żywotność po raz pierwszy idzie na wykresach w dół, dlaczego? Po pierwsze okazuje się, że koksik i spidzik i pigułeczki zaczęły pokazywać swoje drugie oblicze i serca słabną, wysiadają już koło pięćdziesiątki. Po drugie, lekarze mimo chęci i zdolności nie mają już możliwości ratowania ludzi, bo co raz mniej dostają na to kasy. Im bardziej bogate instytucje, czy kraje, tym bardziej marnotrawią pieniądze szaraczków, którzy bez pyskówki przesyłają swoją daninę co miesiąc wirtualną rzeką do magnatów. Potem im się wmawia, że wszystko, co wokół jest normalne. Żyjemy w wolnych krajach o demokratycznych systemach, w których żądzą ci popierani przez mniejszość. Mamy burdel w głowach, bo choć nie ma już propagandy, tp pozycje menadżerów od zarządzania percepcją masową są jednymi z najlepiej płatnych posadek. Mamy kariery i markowe rzeczy a nie potrafimy dogadać się z kuzynem czy ciotką, czasami nawet z rodzicami jest nam ciężko. Ale ja tylko na to wszystko patrzę, i przechodzę obok. Tak jak przeszłam obok czarnych taksówek blokujących skrzyżowanie na ‘bank’, i obok protestu kobiet w sobotnie popołudnie, przegryzając małymi rybkami z gofrowego ciasta kupione z okazji chińskiego nowego roku w chińskiej piekarni na Soho. Bo żeby wszystko naprawić jest już trochę za późno, żeby coś zmienić, potrzeba czegoś więcej, a póki co jeszcze nikt tak na prawdę nie wie, czego. Zaczynam więc od siebie.

You Might Also Like: