1 marca 2017

‘Symulator kozy to strasznie głupia gra’ odezwał się Tycjan z łóżka obok. ‘Kto Ci zciągnął to badziewie? Dzieciaki z osiedla?’ - ‘Nie, mój mąż’. I zamknął się, zamienił w cybernetyczną kozę i biega teraz po zielonych pikselowych pastwiskach. Klima szumi lekko, a pod sufitem w naszym pokoju na typowej Keralskiej łódce, świeci gęsta konstelacja fluorescencyjnych gwiazd. Chłopcy już śpią, więc można popisać - kolejna notatka. Tylu ludzi odradzało nam rejs po kanałach Kerali dłuższy niż doba, a okazuje się że nie ma nic bardziej relaksującego niż to lekkie bujanie, i przepiękny krajobraz przesuwających się po woli przed oczyma palm kokosowych i bananowców. Dzieciakami trzeba się i tak zajmować non stop. A dają radę póki co - to nasz piąty dzień w Indiach, i odpukać w niemalowane, do tej pory obeszło się bez większych dramatów. Wszyscy są nam bardzo przyjaźni i pomocni. Blond bliźniaki robią furorę, cały czas pozują do zdjęć i filmików, był nawet typek na lotnisku w Kochi, który podbiegł do nas z włączonym skajpem na komórce i pokazywał nas żonie. Muszę przyznać, że moje wyobrażenie o Indiach było trochę zbyt przerysowane, ale dużo jeszcze przed nami. Póki co żyjemy z dnia na dzień. Wieczorami do snu oprócz lekkiego kołysania łodzi, usypiają nas wygrywane na bębnach rytmy, niesione w dal przez rzekę. Co wieczór też mamy mały pokaz sztucznych ogni. Rano budzą nas śpiewy tych dziwnych niebieskich kruków. Odbijamy od brzegu i płyniemy dalej. Hugo i Franek turlają się po podłodze, a my na przemian - gdy jedno siedzi z dziećmi na dole, drugie wyleguje się na balkonie drugiego piętra łapiąc każde z tych drobnych promieni słońca przedzierających się przez nieustanną mgiełkę wilgotnego, parnego powietrza. Mijamy wioski i miasta. Wszystkie połączone siatką szerokich kanałów, cały region to taka tropikalna Wenecja, bez widowiskowych zabytków, za to z nieopisanie piękną naturą, wśród której skormnie żyją sobie bardzo uśmiechnięci ludzie. I to życie ich przewija się nam przed oczami jak w filmie, ktoś robi pranie łupiąc koszulami o kamienie na brzegu, tam rybacy w swoich wąskich długich łodziach szukają miejsca na wieczorny połów, tutaj pędzą pordzewiałe autobusy wodne dowożące dzieci w nieskazitelnie białych mundurkach do szkół katolickich, tam ktoś przewalił z ilością worków z cementem na łódce i z kumplem walczy o towar za pomocą kubka wybierając wodę z dna. Po brzegu pędzą motory i skutery, robotnicy budują kładki nad kanałami i wielkie mosty. Buduje się też dużo domów, widać, że region rozkwita - i nie dziwota, skoro w godzinach szczytu przy większych miastach, te typowe plecione łódki hotelowe płyną utknięte w korkach, a wieczorem, gdy mają przycumować do brzegu, by zwolnić miejsce na wodzie lokalnym rybakom, kapitanowie tylko krzyczą między sobą, kłócąc się o miejsca z podpinką pod prąd. Wieczorami z łódek na brzeg wylegają turyści i spacerują po wioskach. Są to jednak przede wszystkim hindusi, jest też trochę białych emerytów, ale zdecydowana mniejszość. My też wyleźliśmy na spacer, stając się z punktu największą atrakcją wszystkich kobiet i dzieci - mężczyźni zazwyczaj uśmiechali się życzliwie i szybko wracali do swoich obowiązków. Niedawno odbyły się w Indiach wybory do samorządów lokalnych, większość palm kokosowych obklejonych jest więc plakatami wyborczymi. Najbardziej intrygujące są wielkie sierpy i młoty obok wizerunków Che Guevary. I tu pojawia się pierwszy problem z wycieczką z dzieciakami - nie da rady niestety sobie usiąść z kimś i spokojnie porozmawiać, teoretycznie można by zapytać się naszej załogi - ale oni ledwo mówią po angielsku, pokażą nam czasami pole ryżowe, wytłumaczą co ugotowali na obiad, zapytają się o której włączyć klimę i to na tyle. A pytań mamy tak dużo! Na wszystkie na pewno odpowiedziałby mi Gijo - jeden z kelnerów w mojej restauracji, dzięki któremu tak na prawdę się tu znaleźliśmy. Gijo ma 38 lat, jest jednym z tych Keralczyków niskiego wzrostu i krępej budowy ciała, lekko łysiejący, cały czas uśmiechnięty. Bardzo uprzejmy i miły, pracowity i uczynny, obowiązkowy ale jednak o własnej logice, której ja za grosz nie rozumiem i która nie do końca się sprawdza w świecie pięciogwiazdkowych hoteli. Sprawdza się jednak na tyle, że z kasą sobie poradził, bo Gijo siedzi pewnie teraz w swoim nowym domu z rodziną, uśmiechnięty trzyma na rękach małego Maxwella i opowiada wujkom i ciotkom historie z Londynu. Żona właśnie wnosi na srebrnej tacy duży dzbanek massala chai dla wszystkich. Matka podgryza ananasa, Charlotte gdzieś biega w nowej tiulowej różowej sukience, kręci się w kółko i podgląda z ukosa czy falbanki się kręcą w równe. A ojciec Gijo dumnie spogląda na syna - jemu się udało. Przez ostatnie miesiące koncentrował się na dokańczaniu prac budowlanych, na dopełnianiu formalności, na szukaniu pracy w Dubaju, lub gdziekolwiek w krajach arabskich. Ciekawa jestem tylko, czy gdy czmychał łódką po kanałach z wizytami u prawników i notariuszy, ubierał się w wyprasowaną koszulę i odświętną chustę przewiązaną pod pasem, czy w garnitur. Wydaje mi się jednak, że w garnitur, bo jest już przecież człowiekiem z zachodu, takim, któremu się udało. ‘Ty, a zauważ, że dzisiaj na potęgi rosną stare kultury, te co rządziły przed wiekami, ale na moment zostały przez białych zdominowane. Chińczycy, Hindusi - przecież to były kiedyś mocarstwa nie do podbicia, Aleksander został zatrzymany przez Hindusów przecież! No i spójż na te Indie dzisiaj, Tata wykupili Jaguara - może być większa potwarz dla Angoli? No i armię też mają wielką’ - kolejna trafna uwaga Tycjana. No i coś w tym jest, kraj rozwija się na maksa, w Bombaju wieżowce rosną jak grzyby po deszczu, w innych miastach rozwija się infrastruktura. Wszędzie budują nowe drogi i wiadukty. Nie ma specjalnych cen dla hindusów i białych, bo często biznesmen z Mumbaju czy Delhi tak na prawdę ma więcej kasy niż przeciętny biały turysta, czy to młody wagabunda czy emeryt z Francji, Szwecji czy Anglii. Nasz kucharz wyszedł do nas i zaprosił na podwieczorek - smażone banany w cieście z kurkumą i kminkiem. Usiedliśmy przy stole, zamilkliśmy, popijając wieczorną herbatkę zapatrzyliśmy się w pejzaż. ‘O czym myślisz?’ - ‘Cieszę się życiem’…

You Might Also Like:
masaai
lake nakuru
kili chmura big2
drzewo nakuru
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
01 klony 3
ognisko i kili
08 jerome montreal
06 3 klony
04 klony
ognisko i kili
ABOUT ME

Anemonkey is an eighties child who loves people, can't live without travels, is passionate about all food and drinks and people who make them. She never leaves home without a camera. Then she writes about what she's seen, touched and tasted. 

Read More

 

Search by Tags

2016 by Anemona Knut