26 marca 2017

Spakowaliśmy się na czas mimo iż rzeczy mamy zdecydowanie za dużo - niestety większość to gadżety niezbędne w miesięcznej podróży z dzieciakami. Po raz pierwszy dla siebie wzięłam tylko dwie sukienki, trzy kolejne dokupiłam sobie tu, dosłownie kilka sztuk bieliźnianych, i to wszystko. Na brzegu w Alleppey czekał na nas kierowca, szybko zapakował nasze bagaże, i chciał już odjeżdżać, gdy do okna zapukał pierwszy Keralski żebrak. Nie widzieliśmy tu zbyt wielu biednych, żadnych slumsów - hmmm… nowe pytania przychodzą do głowy. Sypnęliśmy kolesiowi garścią monet i ruszyliśmy. Szkoda tylko, że nie mieliśmy więcej czasu w Alleppey! Miasto wygląda rewelacyjnie - poprzetykane kanałami, po których pływają tysiące różnych łodzi. Latem odbywa się tu wyścig łodzi wężowych, których ekipy składają się z 64 wioślarzy i 25 śpiewaków. Alleppey znane jest też z przepięknych plaż. No nic, może następnym razem, na emeryturze, czy coś. Jechaliśmy trzy godziny drogą wąską i krętą. Krajobraz z pól ryżowych szybko zamienił się we wzgórza porośnięte gęsto dżunglą. W przejaśnieniach, przy miastach mijaliśmy plantacje gumy i herbaty. Po drodze zatrzymaliśmy się w ogrodzie Ayurwedycznym, gdzie hodowane są przyprawy i mało nam znane zioła. Dojechaliśmy w końcu tu, gdzie pieprz rośnie, a tak się złożyło że piął się po drzewie zaraz koło wanilii. Ulokowaliśmy się w nowym hotelu. Na dzień dobry znowu porwano nam chłopaków, by pokazać całej rodzinie i wszystkim sąsiadom. Szybka kolacja i spać. Następnego dnia zerwaliśmy się na nogi przed świtem, by jak nam się wydawało, zdążyć na wschód słońca w parku narodowym… nasz kierowca jeepa się jednak spóźnił. Jechaliśmy dobre dwie godziny po wyboistej drodze w dżungli. Dojechaliśmy do ekologicznego parku prowadzonego przez strażników leśnych, zjedliśmy obrzydliwe śniadanie, wypiliśmy po lurowatej kawie i przydzielono nam przewodnika. Wybraliśmy się na trek po parku. Po drodze ucięliśmy sobie pogawędkę z naszym przewodnikiem. Periyar jest rezerwatem tygrysów o powierzchni prawie tysiąca kilometrów kwadratowych. Na jego terenie żyje ponad czterdzieści tygrysów, siedemdziesiąt dwie pantery, bawoły i tysiąc słoni a my zobaczyliśmy jedno wyschnięte gówno słonia, parę odcisków słonich ‘nóżek’ z przed dwóch dni i drogę, na której kiedyś widziano tygrysa. Oddając jednak sprawiedliwość naszej sytuacji - nie jest to sawanna, tylko góry porośnięte dżunglą, i nasz przewodnik pracując w parku od 16 laty widział tygrysa tylko cztery razy. Ponad to, do niedawna możliwe były wycieczki wgłąb dżungli z przewodnikiem, ale ukrócono tę atrakcję, gdy jakiś bęcwał z Indii, nie tylko wystrojony w żarówiaste kolory, łaził dumny jak pawian i darł mordę niemiłosiernie, to jeszcze, na dodatek, zaczął małpować do słoni, no i wystraszył stado, które go stratowało… Przewodnik zabrał nas też na plantację zielonego kardamonu i ze smutną miną potwierdził tylko to, o czym mówią wszyscy - nawet i tu globalne ocieplenie zaczyna co raz bardziej doskwierać i zwierzętom i ludziom. Jest co raz większy problem z wodą pitną i ludzie z wiosek po woli przenoszą się do miast. W zeszłym roku monsunowe deszcze przechodziły szybko, lało dziennie tylko średnio 2 godziny, zamiast 24. Nasz przewodnik zabrał nas jeszcze na krótki wypad łódeczką po małym jeziorku, wskazał palcem na linie wyznaczające normalny poziom wody, pokazał gdzie kiedyś był wodospad, odprowadził na stołówkę i się pożegnał zapraszając na darmowy lunch. My zawinęliśmy nogi za pas zanim wystawili jedzenie, wsiedliśmy spowrotem do nowoczesnej repliki Jeepa Willisa i popędziliśmy spowrotem przez dżunglę do Kumily. Jedną rzecz trzeba przyznać - powietrze tutaj pachnie niesamowicie - aromaty tych wszystkich przypraw rosnących w koło uderzają nozdrza z niesamowitą siłą. Nasz kierowca, odstawiając nas przy hotelu, zaproponował atrakcje wieczorne - pokaz sztuk walki albo wizyta w sanktuarium słoni i przejażdżkę na jednym z nich. Uśmiechając się odmówiliśmy. Tycjan z Frankiem poszli na pizzę, a ja wybrałam się na poszukiwania kolejnej wybitnej restauracji w mieście. Trochę pobłądziłam, znalazłam gaj babmusowy pełen małp, teatr no i w końcu tę knajpę, tyle, że zamkniętą. Po drodze wstępowałam do sklepów z pamiątkami - ciuchami, rzeźbami, figurkami, paszminami i przyprawami. Kupiłam w końcu t-shirty z tygrysami dla moich małych Brixtońskich sąsiadów, i w jednym ze sklepów trafiłam w końcu na ciekawego rozmówcę. Odpowiedział mi na wiele nurtujących mnie pytań. Kerala rządzona jest przez partię komunistyczną - stąd te sierpy i młoty i czegewary. Ludziom się ten socjalizm bardzo podoba, chociaż o znaczeniu symboli, którymi się posługują nie mają za bardzo pojęcia. Stąd też jednym z najpopularniejszych imion męskich jest ‘Stalin’. Jak widać jednak, poniekąd ten socjalistyczny samorząd się sprawdza, bo rzeczywiście prawie nie ma tu biedy. Co prawda muzułmanie powiedzą, że biedy nie ma dzięki odwiecznym morskim szlakom handlowym łączącym region z Arabią. Chrześcijanie powiedzą, że skądże! Przecież do misjonarze z darmową edukacją i służbą zdrowia zwalczyli trąd i biedę. Żydzi, których jest tu najwięcej w Indiach też na pewno przypiszą sobie listę zasług. I historycznie pewnie nikt tu z nich się nie myli, ale faktycznie to Kerala ma największy procent ludzi pracujących za granicą, jak Gijo, którzy żyją skromnie i przesyłają pieniądze do domu. Skąd jednak tak wiele tu samobójstw i taki duży procent alkoholików? Z tymi pytaniami muszę zostać na dłużej, bo nasza Keralska przygoda skończyła się tak szybko, jak się zaczęła. Pięć godzin w taksówce, dworzec w Ernakulam, banan w cieście, herbata ulepek, paczka chipsów, katorga z bagażami i ich targaniem na peron i doszliśmy pod tego wielkiego, ciężkiego stalowego potwora. Wbiliśmy się do wagonu jak tylko podstawili pociąg. I to był błąd - powietrze stało w miejscu, pot gęsto spływał po nosie, czole, plecach, na sąsiednim peronie kolesie przerzucali worki z cementem czy z ryżem, smród z kibla i wkurw dosięgający szczytów nieznośności. Zaczęliśmy rozlokowywać się w naszym przedziale bez drzwi. Standard wykończenia podobny do PKP rocznik ’93, więc trochę jak u nas, trochę po staremu, trochę sentymentalnie. W końcu włączyli klimatyzację, rozdali prześcieradła, koce i poduszki. Współtowarzysze podróży okazali się niezmiernie uprzejmi i pogodni. Ciśnienie zeszło, dzieci zasnęły, najpierw po woli, jak żółw ociężale, ruszyła maszyna po szynach ospale, do taktu do taktu do taktu do taktu…

You Might Also Like: