Sao Miguel 06.2018

Notatka letnia, spocona, nie do końca poprawnie posklejana, trochę jak ja niewyspana, ale tym razem pozytywna bo duch został mocno wakacjami pokrzepiony. W naszym kraju podobno upały ustały, a nad nami powietrze wisi gęste, bardzo ciężkie od wilgoci. W nocy usypia nas szum wiatraka, w dzień nawet dzieci uciekają z ogrodu do chłodnych pokoi tego starego domu. Na kupie żyje nam się raźniej, wiadomo, że na dłuższą metę było by ciężko, ale póki co lato jest cudowne. Mimo iż w chaosie i często potwornie zmęczeni, wszyscy jesteśmy szczęśliwi. Niesamowite jak dobry wpływ mają na mnie podróże. Dwa tygodnie to oczywiście za mało, ale wystarczy by otworzyć wrota percepcji i przewietrzyć głowę. Pierwszy poważny wyjazd z całą trójka, nie mogliśmy zatem wyrwać się zbyt daleko - szukaliśmy odległej krainy, ale jeszcze w ramach Europy. Nie chcieliśmy kurortów i piaskowych plaż, ale musiało być ciepło. Wybraliśmy Azory. Ostatnie miesiące były tak dynamiczne, że o zarezerwowanych wakacjach prawie zapomnieliśmy. Nie czytaliśmy zbyt dużo, tym razem nie przygotowywaliśmy się ani mentalnie ani merytorycznie. Spakowaliśmy się na dzień przed i ruszyliśmy. Wsiedliśmy w irlandzki bydłolot pod żółto-niebieską banderą i wylądowaliśmy na największej z dziewięciu wysp. Gdzieś na środku atlantyku, w pół drogi między Ameryką a starym kontynentem. Pierwsze dni to piękne krajobrazy - kolor wody w lagunach - jeziorach kraterowych starych wulkanów. Gęsta roślinność, palmy, paprocie, miliony kwiatów i wolno się pasące wszędzie krowy. Kąpiel w basenach geotermalnych, spacer po najbardziej niesamowitym ogrodzie botanicznym jaki kiedykolwiek widziałam w życiu... W głowie zaczęły powstawać mi historie, owoce mojej ukrytej miłości do wulkanów i słabości do bajek. Jak więc stoję na szczycie wulkanicznej góry, której tylko koniuszek wystaje ponad powierzchnię wody, i patrzę w dół na małą wioskę wciśniętą między drzewa gęsto pokrywające dno krateru, oczami wyobraźni widzę tego pana, co przyjechał tu dwa wieki temu w bryczce zaprzęgniętej we dwa konie. Thomas Hickling, bogaty handlarz z Bostonu siedział z mocno ściągniętymi brwiami i zmarszczonymi czołem, zamyślony spoglądał przez okno wyczekując kataklizmu albo wyłaniającej się z nikąd ciężkiej bramy raju. Wygnany z Ameryki, całe swoje dotychczasowe życie musiał zostawić w tyle. Po głowie wciąż krążyły mu obrazy dzieci i ukochanej żony, których najpewniej już nigdy nie zobaczy. Pod zamknięte powieki wbijał mu się nieproszenie zarys zawziętej twarzy ojca, a w uszach cały czas dzwonił jego ostry głos, ciężkie słowa odbijały się echem i raniły tak samo mocno, jak w dzień, w którym wręczył mu ten wilczy bilet w nieznane. Jechali wzdłuż brzegu a horyzont nie kłamiąc potęgował jego uczucie odosobnienia. Nagle skręcili w mniejszą drogę, bardziej wyboistą, i Hickling musiał skoncentrować się na walce ze skaczącym na głowie kapeluszem. Starał się coś krzyknąć do woźnicy, ale na próżno. Jechali przez gęsto porośnięte ni to dżungle, ni to lasy, upał był nie do zniesienia i wilgotność powietrza zabójcza. Jechali cały czas pod górę, w pewnym momencie jego oczom ukazało się kolejne z turkusowych kraterowych jezior. Zatrzymał bryczkę i podszedł do brzegu. Zanurzył ręce w krystalicznie czystej wodzie, obmył spoconą twarz, woda była ciepła ale każdy powiew chłodnego wiatru przynosił orzeźwienie. Zapytał się woźnicy, czy muszą na pewno dalej jechać z końmi, czy nie mogli by się przejść. Jako partyzant w armii walczącej o niepodległość, chodził dużo i często spał pod gołym niebem. Wioska, do której zmierzali była stosunkowo niedaleko, więc woźnica tylko wyjaśnił mu drogę pokazując palcem trasę, poczym chwycił lejce w ręce, popędził konie i wykrzyknął „do zobaczenia na miejscu!” Hickling ruszył przed siebie, obszedł jezioro przyglądając się ptakom, rosnącym przy brzegu kwiatom, chmurom i bujnej roślinności. Odeszły mu zmartwienia a ich miejsce zajął zachwyt nad urokiem tego miejsca. Woźnica wskazał mu pagórek, za którym była wioska do której zmierzali. Nie zbaczając za bardzo z trasy, Hickling wspiął się na najwyższy w okolicy szczyt, uwielbiał spoglądać na świat z góry. Wspinając się na górę patrzył pod nogi, wchodząc na największy kamień, otarł zlane potem czoło i rozejrzał się wokoło. Stał na brzegu ogromnego krateru, w wyższej jego części po prawej stronie niebo odbite było w płaskiej tafli jeziora, po lewej stronie, w niezwykle zielonej dolinie, powtykane jak w gęsty trawnik domki z klocków byłe małe chaty wioski „Furnas”. Hickling zbiegł z góry, szybkim krokiem dotruchtał do wioski. Wszedł do chaty przed którą stała bryczka, a w dali za domem pasły się już konie wcześniej do tej bryczki zaprzęgnięte. Hickling ściągnął kapelusz, ukłonił się gospodarzowi, uśmiechnął się i usiadł przy drewnianej ławie. Wiedział już, że to miejsce nie nadaje się na jego plantację pomarańczy. Tutaj zbuduje swój dom - wielką białą willę, u podnóży której będzie ogromny basen z żółtawą wodą termalną, obiegać go będą strumyki i stawy, a cała posiadłość będzie jednym wielkim parkiem, ogrodem na miarę Edenu. I Yankee House stoi tu po dziś dzień, w wodach termalnych kąpią się przyjezdni turyści a ogród dopracowywany przez pokolenia najwyśmienitszych mistrzów w swoim fachu sprawia rzeczywiście wrażenie raju. Błądziliśmy po jego alejkach, Hugo i Franek wypełniali puste przestrzenie gromkim, szczerym i najnaturalniejszym z możliwych dziecinnym śmiechem. Zjedliśmy danie ugotowane w piaskach wulkanicznych, poszliśmy na przechadzkę wzdłuż brzegu jeziora, aż żal było opuszczać to czarujące miasteczko. Musieliśmy jednak zdążyć na drugi i ostatni autobus do domu. Poszliśmy na przystanek, byliśmy z 10-minutowym wyprzedzeniem, zjedliśmy truskawki, chłopaki zebrali wszystkie możliwe komplementy od starszych. Przyszła para, turyści z Niemiec, pod 50... i też stali. I tak staliśmy na słońcu, i staliśmy, i staliśmy... po niespełna godzinie tknęło mnie coś, by zapytać pracowników parku co się stało z autobusem. I okazało się, że w niedzielne popołudnia autobus nie zatrzymuje się na przystanku, tylko pod kościołem 500 m dalej. Znaleźliśmy taksówkę, a raczej znalazł ją wąsaty Niemiec w skórzanym kapeluszu, i wróciliśmy do naszego apartamentu. Niemiec po drodze zadowolony, że może rzucić kilka przekleństw po angielsku, całą drogę uśmiechnięty był od ucha do ucha. Chłopcy trochę marudni, trochę zmęczeni, trochę słońcem spaleni, ale czar nie prysł. To był dopiero pierwszy dzień wakacji!

You Might Also Like: